Ostra jazda brutalną Niemką

612 zł. Tyle właśnie zapłacić trzeba za jednego konia mechanicznego samochodu, który niedawno trafił na nasz redakcyjny parking. Co ciekawe, to tylko o 32 zł więcej, niż w przypadku kii cee'd z silnikiem Diesla.

Dlaczego więc o cee'da potknąć się można na każdej ulicy, a za "naszym" autem oglądają się niemal wszyscy? Cóż, jest kilka rzeczy, które mogą mieć na to wpływ: np. przestronna kabina, bagażnik czy koszty eksploatacji.

Reklama

Aha, zapomnielibyśmy o najważniejszym! Cee'd z swoimi 90 KM kosztuje 53 tys. zł i, z natury, trafiać ma do szerokiego grona odbiorców. Za auto, które testowaliśmy, można by kupić cztery ceed'y i jeszcze zostałoby na picanto... Dlaczego? Bo w porównaniu z kią jest jakieś cztery razy ciaśniejsze, cztery razy trudniejsze w prowadzeniu i cztery razy mniej praktyczne... Ma jednak dwie rzeczy, które są gwarancją naprawdę ostrej jazdy. Śmigło na masce i silnik o mocy 306 KM!

W naszym teście najmocniejsze z najmniejszych BMW - model 135i coupe.

BMW jak golf

Gdy w 2004 roku na rynek trafiła seria 1, fani marki kręcili nosami. Internetowe fora grzmiały od wpisów, że to kolejne (po trójce compact) "BMW dla biedaków, którego nikt nie kupi". Zniżanie się do poziomu golfa (pierwszy na rynku pojawił się pięciodrzwiowy hatchback) traktowano jako strzał w kolano. Nic bardziej mylnego. Chociaż samochód faktycznie wymiarami plasuje się w klasie kompaktowej, najmniejsze BMW zachowało typowy dla marki charakter. W przeciwieństwie do Mercedesa, inżynierowie z Bawarii nie poszli na żadne kompromisy.

Auto wyposażono napęd na tylną oś i uznano, że przyciasna kabina (biegnący pod podłogą wał) to cecha, której nie wypada nawet maskować. Czas pokazał, że to były trafne decyzje. "BMW, którego nikt nie kupi" doczekało się aż czterech wersji nadwoziowych (hatchback trzy/pięciodrzwiowy, coupe, cabrio). Z fabryki w Lipsku wyjechało już grubo ponad pół miliona sztuk.

Coupe weszło na rynek w 2007 roku i z uwagi na sylwetkę szybko stało się najbardziej pożądanym modelem serii jeden. O urokach nadwozia nie ma się jednak co rozpisywać, bo o gustach się przecież nie dyskutuje. Samochód na pewno przykuwa wzrok, ale do tego, czy jest ładny, nie jesteśmy w pełni przekonani. Wiemy natomiast, że raczej nie należy do praktycznych. W środku pomieszczą się jedynie dwie osoby, tylną kanapę najlepiej traktować jako półkę na laptopa. Pozytywnie ocenić trzeba jednak bagażnik. 370 litrów pojemności w tej klasie to całkiem przyzwoity wynik.

Niestety - i zapewne nie powiemy w tej kwestii nic nowego - rozczarowuje nieco wnętrze. Nie chodzi bynajmniej o brak przestrzeni, wyposażenie czy spasowanie. Biorąc pod uwagę, że samochód bardzo podoba się paniom, na przestrzeń nie ma co narzekać, a materiały wykończeniowe sprawiają raczej pozytywne wrażenie, choć plastiki są nieco zbyt twarde. Autu brakuje jednak "pazura" charakterystycznego dla starszych samochodów tej marki. Projekt deski rozdzielczej wieje nudą, konsolę środkowa, która ledwie zauważalnie zwrócona jest w kierunku kierowcy, równie dobrze można by zamontować w astrze, golfie czy wspominanej kii cee'd. Jest przyjemna dla oka i prosta w obsłudze, ale na pewno nie daje wrażenia wyjątkowości.

W testowanym samochodzie sytuację ratuje nieco krwistoczerwona tapicerka foteli i boczków drzwi. Problem w tym, że budzi one skrajnie różne emocje. Nie wiedzieć czemu, większość osób pytanych przez nas o jej wygląd określa ją synonimem słowa "homoseksualna"...

Pozycja za kierownicą jest, rzecz jasna, świetna. W ruchu miejskim niezbyt dobrze sprawdzają się jednak zdecydowanie zbyt małe lusterka zewnętrzne. Irytujące są również welurowe dywaniki (dopłata 466 zł), których ciekawość świata sprawia, że na zakrętach nieskrępowane latają sobie po całej podłodze.

Fabryka mocy

W BMW najważniejsza jest jednak technika, a co do tego, że panowie z Bawarii należą w tej kwestii do ścisłej czołówki, nigdy nie mieliśmy wątpliwości.

Pod nisko opadającą maską 135i coupe pracuje przepotężna fabryka mocy - rzędowa szóstka, która rozwija aż 306 KM. Co ciekawe, niemieccy inżynierowie przez wiele lat brzydzili się turbosprężarką. Z uporem maniaka zastanawiano się nad rozwiązaniem, które sprawdzałyby się lepiej niż turbo. Wniosek do jakiego doszli spece z BMW jest dość ciekawy. Otóż, zdaniem BMW, lepsze od turbosprężarki mogą być... jedynie dwie turbosprężarki!

Dlatego właśnie silnik "jedynki" wyposażony jest w układ twin turbo, który pozwala mu płynnie rozwijać moc, bez jakichkolwiek oznak turbodziury. Osiągi są więcej niż imponujące. Samochód, z za okien którego ford mondeo wygląda jak amerykański krążownik, a ciężarówka niczym wieżowiec z kołami, wystrzeliwuje do setki w 5,3 sekundy i rozpędza się do prędkości 250 km/h. Co ważne, na pochwałę zasługuje nie tylko kultura pracy, ale również umiarkowany apetyt na paliwo. Średni wynik na poziomie 12 l/100 km nie jest trudny do osiągnięcia.

Frajda czy męczarnia?

Na rynku jest, rzecz jasna, kilka samochodów, które mogą pochwalić się tylko nieco gorszym przyspieszeniem, ale BMW dysponuje czymś, co działa na kierowcę lepiej od kawy i amfetaminy razem wziętych. Napędem na tylne koła. W połączeniu z zaawansowanym zawieszeniem (aluminiowa przednia oś), bezpośrednim układem kierowniczym i niemal idealnym rozkładem masy, samochód stanowi iście wybuchową mieszankę.

Na szczęście, by odpalić lont nie wystarczy uruchomić silnik. Auto wyposażono bowiem w rozbudowany system kontroli trakcji, który w standardowym zestrojeniu jest wybitnie nadopiekuńczy. Kontrolka informująca o ingerencji systemu zapala się w niemal każdym zakręcie, a więc nawet przy wciśnięciu gazu do oporu ryzyko uślizgu tylnej osi w zasadzie nie występuje. System w ogromnym stopniu ogranicza jednak temperament jednostki napędowej i sprawia, że dysponując mocą przeszło 300 KM w zakrętach poruszamy się wolniej, niż większość lanosów.

Trzeba jednak przyznać, że taka polityka wydaje się słuszna, zwłaszcza, że "jedynka" bardzo podoba się paniom. Na szczęście elektroniczny kaganiec zdjąć można za naciśnięciem jednego przycisku, ale wówczas trzeba mieć naprawdę szybkie ręce. Niestety, trzeba też zauważyć, że przy obecnym stanie polskich dróg jazda z wyłączoną kontrolą trakcji przypomina stąpanie po polu minowym. Chwila nieuwagi, w najlepszym wypadku, skończy się potężnym hukiem i wizytą w szpitalu. W polskich warunkach, posiadanie mocnego, sztywno zestrojonego auta z napędem na tył to przejaw sadomasochizmu.

Godna pochwały jest automatyczna, sześciostopniowa skrzynia biegów, której przełożenia zmieniać można również za pomocą łopatek przy kierownicy (dopłata za skrzynię wynosi 9 547 zł). Wprawdzie rozwiązanie takie oferuje też większość konkurentów, ale system opracowany przez BMW jest genialny w swej prostocie. Tutaj do przełączania się pomiędzy poszczególnymi biegami (w górę i w dół) służy ta sama łopatka. Umiejscowiony "pod kciukiem" guzik odpowiada za redukcję, część umieszczona za kołem kierownicy, za przełączanie kolejnych przełożeń. W efekcie, jeżeli mamy prawidłowy chwyt, wybór kolejnych biegów odbywa się błyskawicznie. Nie trzeba zastanawiać się, czy przy skręconej kierownicy trafimy w odpowiednią łopatkę. Daje to również możliwość kierowania jedną ręką, czego jednak, zwłaszcza w przypadku tego samochodu, powinno się unikać.

Wolisz beemkę czy mieszkanie?

Ceny 135i coupe zaczynają się od 188 tys. zł. To góra pieniędzy. Za taką kwotę nie mamy jednak co liczyć na automatyczną skrzynię biegów (dopłata 9 547 zł), nawigację (dopłata 10 571 zł), dobre audio (zestaw 10 głośników - dopłata 2 515 zł, wyjście USB - dopłata 1 397 zł), automatyczną klimatyzację (dopłata 2 608 zł) czy fotochromatyczne lusterka (dopłata 1 444 zł). Model, jaki otrzymaliśmy do testów, który dodatkowo ma jeszcze na pokładzie m.in. szklany dach, pakiet komfort (m.in. czujniki deszczu, cofania, tempomat) czy biksenonowe reflektory adaptacyjne wyceniony został na 254 827 zł, czyli na tyle, ile kosztuje 50 metrowe mieszkanie w większości polskich miast! Ta cena poraża tym bardziej, że konkurencję można kupić taniej. Jaką? Np. 20 tys. mniej trzeba zapłacić za najbogatszą wersję infiniti G37, które jest niczym innym, jak nissanem 370Z ubranym w nieco bardziej cywilizowaną karoserię.

Jak więc ocenić model 135i coupe? Oczywiście staramy się czytać komentarze i wiemy, że na drodze, od kierowcy BMW groźniejszy może być tylko Leopard 2, a trzy litery na masce nie oznaczają wcale Bayerische Motoren Werke, lecz odnoszą się do wielkości "wacka" kierowcy, cokolwiek to znaczy... Wiemy też, samochód nie jest wcale dużo szybszy, niż większość o połowę tańszych hot hatch'ów, które oferują nie tylko pełnowymiarową tylną kanapę, ale też zdecydowanie rzadziej parkują przy klubach dla wydepilowanych chłopaków w okularach od Gucciego.

Trzeba jednak przyznać, że już po pierwszej, 300-kilometrowej trasie wyczołgiwaliśmy się z zza kierownicy poobijani, oszołomieni rykiem silnika i... z takim poziomem endorfiny we krwi, że alkomat zapewne wykryłby ją w wydychanym powietrzu.

To prawda - 135i coupe jest cholernie drogie, niepraktyczne, ciasne i niezbyt urodziwe, ale... powiedzmy sobie szczerze. Który z was, drodzy panowie, chociaż raz w życiu nie chciałby przeżyć naprawdę ostrej jazdy z nieco brutalną, wulgarną i nieokrzesaną Niemką z Bawarii?

Zobacz na filmie pojedynek "potworów"

Dowiedz się więcej na temat: silnik | kierowcy | auto | jazda | dopłata

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje