Nabity w jaguara

Okazuje się, że samochód ze złomowiska w USA można w Polsce zarejestrować, a później sprzedać za... 150 tysięcy złotych.

Przekonał się o tym Bogdan Janas, biznesmen z Nowego Targu. Jaguar, którego kupił, wyglądał okazale, a w bagażniku na nowego właściciela czekał szampan. Szybko okazało się, że jazda pojazdem, który kosztował prawie 150 tys. zł, jest ze względu na stan techniczny niebezpieczna.

Reklama

Samochód od 3,5 roku można podziwiać na parkingu przed firmą Bogdana Janasa. Właściciel walczy o zwrot pieniędzy, czuje się nabijany w butelkę nie tylko przez poprzedniego właściciela - Igora P., który w internetowym ogłoszeniu zachwalał pojazd jako "perfekcyjny technicznie", ale także przez prokuraturę, która z uporem umarza sprawę dotyczącą oszustwa, mimo że sąd uchyla jej postanowienia, uznając je za niezasadne. Po 3 niekorzystnych decyzjach prokuratury i 2 korzystnych postanowieniach sądu, Janas nabył prawo złożenia prywatnego aktu oskarżenia, z czego skorzystał.

Samochód z Internetu

- Zawsze były wydatki ważniejsze od zakupu samochodu, w firmie żartowali, że połowa pracowników jeździ lepszym ode mnie samochodem - wspomina Bogdan Janas. - W końcu mój księgowy namówił mnie na zakup nowego samochodu, nawet znalazł ogłoszenie w internecie - opowiada nowotarski biznesmen.

3-letni jaguar czekał w Płońsku. W ogłoszeniu można było wyczytać, że auto jest godne polecenia, że zostało ściągnięte z USA i jest już w Polsce zarejestrowane. Bogdan Janas, właściciel jednej z największych firm wędliniarskich na Podhalu, pojechał po samochód z synem Jakubem. Samochód kupił feralnego 13 sierpnia 2007 roku.

Zaraz po transakcji Jakub Janas pojechał do autoryzowanego serwisu Jaguara w Katowicach, by dokładniej sprawdzić pojazd. Wtedy dowiedział się, że samochód jest po bardzo poważnym wypadku i nieprofesjonalnej naprawie. Mechanicy znaleźli w nim części z kilku samochodów.

Janas zlecił zbadanie samochodu biegłym z Wydziału Mechaniki na Politechnice Śląskiej. Wieści od specjalistów były jeszcze gorsze. Dowiedział się, że jazda tym samochodem stanowi zagrożenie, a jaguara nie da się naprawić. Postanowił więc odstąpić od umowy kupna, zażądał od poprzedniego właściciela zwrotu gotówki. Igor P. nie zgodził się. Sprawa trafiła do Prokuratury Rejonowej w Płońsku, a także do wydziału cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie.

Janas złożył zawiadomienie o popełnieniu oszustwa, polegającego na wprowadzeniu go w błąd przez Igora P. co do rzeczywistego stanu technicznego pojazdu. Zostało wszczęte postępowanie wyjaśniające. Prokuratura w Płońsku wysłała fax do nowotarskiej komendy policji z prośbą o przesłuchanie Janasów - Bogadana i Jakuba.

Zapadła decyzja o odmowie

Tego samego dnia, w którym zostali przesłuchani, w Płońsku zapadła decyzja o odmowie wszczęcia postępowania, bo zdaniem tamtejszej prokuratury spór ma charakter cywilnoprawny, a nie karny. - Igor P. przekonywał w ogłoszeniu, że samochód jest perfekcyjny technicznie. To oszustwo. Byłby to spór cywilnoprawny, gdyby nie było złej woli sprzedającego - przekonuje Janas, który złożył zażalenie na decyzję prokuratury.

Sąd uchylił postanowienie prokuratorskie i nakazał ponowne zajęcie się sprawą. Śledztwo ruszyło na nowo. Prokuratura powołała biegłych techników samochodowych, którzy potwierdzili wcześniejszą opinię specjalistów co do stanu technicznego samochodu. Dodatkowo stwierdzili, że samochód uległ poważnemu wypadkowi, podczas którego wystrzeliły poduszki. Oszuści zamontowali opornik, który symulował prawdziwą pracę pasów bezpieczeństwa.

Mogłem przypłacić to życiem

- Jazda tym samochodem mogłaby się dla mnie zakończyć tragicznie. Przy zderzeniu z innym pojazdem pasy by nie zadziałały, mogłem przypłacić to życiem - skręcić sobie kark - opowiada. Mechanoskopijna opinia wskazała także, że przekazana przy zakupie samochodu książka serwisowa nie pochodzi ze sprzedanego jaguara. Pierwotny wpis został zakryty jakimś białym środkiem i na tym pojawił się nowy numer VIN, zgodny z tym w sprzedanym samochodzie.

- To auto zostało złożone z kilku innych. Kółka były pod różnym kątem, żeby fotel kierowcy stał prosto, została podłożona kilkucentymetrowa podkładka - opowiada Jakub Janas, syn właściciela jaguara. - To auto zostało sprowadzone z USA. Dotarłem do oryginalnych numerów i odtworzyłem jego historię. Samochód trafił w USA na złomowisko, tam ktoś go kupił - najprawdopodobniej za jakąś symboliczną kwotę, coś z nim zrobił, załatwił lewą książkę serwisową, w której przerobił numery VIN - opowiada.

Biegły zniszczył dowody oszustwa

Tymczasem - jak podkreśla Janas - prokuratura nie wzięła pod uwagę faktu sfałszowania książki serwisowej, twierdząc, że dochodząc do zakrytych numerów VIN, biegły zniszczył dowody oszustwa. - Z kolei Igor P. bronił się, że poinformował mnie o wszystkich wadach, nawet przedstawił świadków, którzy mieli być w sąsiednim pomieszczeniu podczas transakcji - opowiada Bogdan Janas.

Pod koniec 2008 roku prokuratura w Płońsku, ku zaskoczeniu Podhalanina, wydała postanowienie o umorzeniu sprawy ze względu na brak znamion przestępstwa. Faktu podrobienia książki serwisowej prokuratura jakby nie zauważyła. Janas znowu złożył zażalenie na decyzję prokuratury, ta znowu została uchylona.

- Okazało się, że świadkowie Igora P. dostosowywali swoje zeznania do moich. Podczas zeznania pomyliły mi się godziny przyjazdu do Płońska. Powiedziałem, że przyjechałem o godz. 15 i siedziałem do 16. Świadkowie zeznali, że przyszli o godz. 15. Dopiero kiedy sprawdziłem godzinę przelewu, okazało się, że przyjechałem wcześniej, bo przelewu dokonałem już o godz. 13.15 - opowiada Janas. Adwokat Janasa zadbał o to, by sprawdzić, gdzie były komórki rzekomych świadków.

Przekręt na przekręcie

Z informacji operatora Plusa wynikało, że w czasie, gdy jeden ze świadków miał być w budynku, gdzie odbywała się transakcja, jego komórka była 84 km od Płońska - w Pruszkowie. I tego prokurator nie zechciał wziąć pod uwagę. Sprawa znowu została umorzona. Po 3 zażaleniach, za namową swojego adwokata, Janas postanowił sam wnieść akt oskarżenia do Sądu Rejonowego w Płońsku. Jednocześnie złożył skargę na pracę prokuratury.

- Historia tego samochodu to przekręt na przekręcie. Jakim cudem trafił do Polski, jeśli był złomowany w USA? Skoro została zniszczona książka serwisowa? - pyta retorycznie Janas. Jego zdaniem pierwszy przekręt odbył się w urzędzie celnym. Potem samochód - mimo zatrważającego stanu technicznego - przeszedł w Polsce pomyślnie badania i został zarejestrowany. Kolejnego przekrętu - zdaniem Janasa - dopuścił się Igor P., oszukując go przy transakcji.

To jakiś absurd

- Prokuratura do dziś nie postawiła nikomu żadnych zarzutów, choć miała ku temu wszelkie przesłanki. Kiedy napisaliśmy skargi na pracę Prokuratury Rejonowej w Płońsku do Prokuratury Okręgowej w Płocku, Płock nie dopatrzył się żadnych uchybień. To jakiś absurd - nie ukrywa irytacji Janas. Pierwsza skarga poszła tylko do Płocka, następne poszły także do wiadomości prokuratora generalnego i Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, by utrudnić tuszowanie sprawy, ale te podmioty wg właściwości przesłały ją do Płońska.

- Poprzedni właściciel jaguara, Igor P. od początku czuł się bardzo pewny, w ogóle nie podjął ze mną rozmowy, usłyszałem od niego, że sprawa będzie się ciągnęła latami i nic nie zdziałam - mówi Janas. Twierdzi, że karę powinien ponieść nie tylko Igor P., który sprzedał feralny samochód, ale także wszyscy ci, którzy pozwolili, by amerykański wrak przedostał się przez granicę i został w Polsce zarejestrowany.

- Pan Janas oskarżał mnie, że wziąłem łapówkę, że jestem w konszachtach z Igorem P. Tymczasem w naszym systemie prawnym nie jest możliwe zatuszowanie czegokolwiek. Prokuratura rejonowa w zakresie swojej decyzji może być kontrolowana przez prokuraturę okręgową, apelacyjną, a jest merytorycznie kontrolowana przede wszystkim przez sąd. Żeby to zatuszować, musiałaby to być zmowa kilku prawników. Dodam, że nigdy nie widziałem Igora P., bo przesłuchiwała go policja - mówi Mariusz Klimczewski, zastępca prokuratora rejonowego w Płońsku, który sprawę rozpatrywał.

- To, że ktoś oferuje samochód pisząc, że jest sprawny technicznie, a rzeczywistość jest inna, nie zawsze musi być oszustwem. Prokurator musi udowodnić zamiar leżący po stronie sprawcy, zaś potencjalny sprawca ogłaszając sprzedaż nie musi wiedzieć o wadach swojego samochodu - przekonuje.

Nie można udowodnić

- Stawiane nam przez pana Janasa zarzuty zostały wyjaśnione - podkreśla prokurator. Dodaje, że sprawa sfałszowania księgi serwisowej jest bezdyskusyjna, natomiast nie można udowodnić, kto tego fałszerstwa dokonał. Biegły, który podczas badania mechanoskopijnego zdjął sfałszowany wpis, zniszczył bowiem w ten sposób dowód. Jego zdaniem także logowanie się telefonu jednego ze świadków 84 km od miejsca, gdzie odbywała się transakcja, nie jest dowodem na to, że jego zeznania są fałszywe. - Transakcja trwała 3-4 godziny. Świadek, mógł być w miejscu, gdzie zalogował się jego telefon, a potem przejechać do miejsca, gdzie odbywała się transakcja. Nie ma powodów, by nie wierzyć jego zeznaniom - przekonuje prokurator.

- Według mnie nie było wystarczających dowodów, by oskarżyć Igora P. o oszustwo. Ale to nie oznacza, że twierdzę, iż oszustwa nie było - podkreśla Mariusz Klimczewski. - Ja tylko rozpatrywałem sprawę w trybie prawnokarnym. Odpowiedzialność w polskim prawie nie jest tylko karna. Poza tym prawnokarny aspekt nie został jeszcze zamknięty, sąd może dojść do innego wniosku, niż ja - dodaje prokurator.

Beata Zalot-Tomalik

(Tygodnik Podhalański)

Zostań fanem naszego profilu na Facebooku. Tam można wygrać wiele motoryzacyjnych gadżetów. Wystarczy kliknąć w "lubię to" w poniższej ramce.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje