Kraina saabem płynąca

Poniedziałek, 4.00 rano. Po 3 godzinach snu oczy zamykają się same.

20 minutowa jazda na lotnisko, hop w embraera i zanim człowiek się zorientował gdzie jest, podejście do lądowania na Okęciu. Tam szybka wymiana informacji, folder pod pachę i już następny lot do Kopenhagi.

Reklama

Bagaż - choć niewielki - leży spokojnie w lukach samolotu, głównie po to, żeby nie martwić się nim podczas kolejnej przesiadki do Goeteborga. W Kopenhadze pół godziny na odstanie swego i już zmierzamy w kierunku przeznaczenia - miejsca, gdzie dane nam będzie zobaczyć kolejną odsłonę dziewięć-trójki.

Szwecja z lotu ptaka wygląda prześlicznie. Jeziora, lasy i jeszcze raz jeziora i lasy. Zaczynam żałować, że nie wziąłem wędki, chociaż wiem, że i tak nie starczyłoby mi czasu. Goteborg wita nas sporą ilością słońca i temperaturą 10 stopni niższą, niż w Warszawie. Do tego jeszcze przykrą niespodzianką - wśród bagaży które przesuwają się na taśmie (właśnie wylądował Jumbo z Iranu z kompletem pasażerów), naszych klamotów niet.

Miła pani oddelegowana do powitania nas na miejscu twierdzi, żeby się niczym nie martwić, bo ona się wszystkim zajmie. OK - bagaż nie zając, znaleźć się musi.

Wsiadamy do autokaru i ja - jako fascynat marki - nie wiem, gdzie mam obrócić głowę. Teraz już wiem na pewno - saaby muszą rozmnażać się w Szwecji. Na pewno mają swoje rykowiska, swój czas rui, a że jest im tam dobrze, mnożą się na potęgę. Jest ich po prostu zatrzęsienie, głównie 9-3 i 9-5, całkiem sporo 9000, ku mojemu zdumieniu niewiele klasycznych 900-tek, które zbudowały legendę saaba, ale tak to już chyba jest ze staruszkami - trzeba je oszczędzać.

Dowiedz się więcej na temat: lotnisko | Auta | auto | jazda | kraina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje