Polskie drogi

Twoje auto ma ponad 10 lat? Nawet nie wiesz, ile ryzykujesz!

Zdegustowani jakością współczesnych samochodów kierowcy często twierdzą, że najlepsze czasy motoryzacji mamy już za sobą. Nie ulega jednak wątpliwości, że na przestrzeni minionych dwóch dekad poczyniono ogromne postępy w kluczowej dla wszystkich dziedzinie - bezpieczeństwa pojazdów.

W wyniki testów zderzeniowych przeprowadzanych przez Euro NCAP można wierzyć lub nie, ale statystyki nie postawiają miejsca na wątpliwości. Jeszcze dziesięć lat temu, w 2007 roku, w przeszło 49 tysiącach wypadków zginęły na polskich drogach 5 583 osoby, a przeszło 63 tys. zostało rannych. Dla porównania w roku 2016 roku w Polsce doszło do niespełna 34 tys. wypadków, w których śmierć poniosło 3 026 osób, a 40 766 odniosło obrażenia. Jeśli sięgniemy głębiej i cofniemy się o kolejną dekadę, statystyki będą jeszcze bardziej zatrważające. W roku 1997 liczba ofiar wypadków drogowych sięgnęła ponad 7,3 tysiąca. To ponad dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku.

Reklama

Oczywiście ogromny wpływ w zmniejszenie liczby zdarzeń i ofiar miała trwająca w ostatnich latach zakrojona na szeroką skalę modernizacja sieci drogowych. Nie sposób jednak przeoczyć pokoleniowej zmiany dotyczącej samych pojazdów.

Pamiętajmy, że średni wiek samochodu osobowego w Polsce, wg różnych danych, waha się w granicach od 12 do 14 lat (dane CEP nie są wiarygodne - uwzględniają bowiem wiele tzw. "samochodowych martwych dusz", czyli aut, które dawno już zniknęły, np. zostały rozebrane na części, ale nigdy nie wyrejestrowane). Mimo bogacenia się społeczeństwa wskaźnik zmienia się wolno, co oznacza, że w 2007 roku przeciętny samochód poruszający się po polskich drogach pochodził z lat 1993-1995. Hitem sprzedaży był wtedy FSO Polonez. Marzenia zmotoryzowanego Kowalskiego oscylowały wokół - nowych wówczas - Opla Vectry A czy Volkswagena Golfa II.

Nie musimy chyba tłumaczyć, że wśród sprowadzanych jeszcze jako tzw. "składaki" aut furorę robiło wspomaganie kierownicy czy elektrycznie sterowane szyby. Takie elementy wyposażenia, jak poduszka powietrzna czy ABS w początku lat dziewięćdziesiątych nie były popularne nawet na Zachodzie. Trzeba też pamiętać, że większość składaków z tzw. pierwszej fali prywatnego importu, które spotkać można było na polskich ulicach jeszcze dekadę temu, już w momencie przekraczania granicy znajdowało się w opłakanym stanie technicznych. Powypadkowe auta naprawiano metodami garażowymi. Sami wielokrotnie pisaliśmy o pojazdach, które po zderzeniach, całkiem dosłownie, rozpadały się na pół.

Oczywiście do wskaźników z państw tzw. "starej Unii", dotyczących zarówno średniego wieku pojazdów, jak i liczby ofiar śmiertelnych, brakuje sporo. Nie zmienia to jednak faktu, że obecnie nikt nie wyobraża już sobie jazdy samochodem bez poduszek powietrznych czy ABS-u, a motoryzacyjne relikty poprzedniej epoki, w postaci przerdzewiałych Polonezów czy Daewoo Tico, budzą na drodze zdziwienie.

O tym, jak wielką różnicę robi wiek konstrukcji świadczą zdjęcia z wypadku, do jakiego doszło kilka dni temu w miejscowości Tchórzew Kolonia (Lubelszczyzna). Kierowca Mazdy 6, nie zauważył jadącego z przeciwka BMW i postanowił wyprzedzić ciężarówkę. W efekcie japońskie auto zderzyło się czołowo z jadącym prawidłowo BMW.

Wypadek miał typowy przebieg (uderzenie przodem z tzw. offsetem). Na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych. Wymowny jest natomiast fakt, że do szpitala trafiły wyłącznie osoby podróżujące nie najmłodszym już BMW: jego kierowca i dwie pasażerki. Kierowca i pasażerka Mazdy nie odnieśli większych obrażeń, podobnie jak kolejne dwie kobiety podróżujące BMW.

Spieszymy wyjaśnić, że chociaż oba samochody mają podobną budowę (rodzinne sedany segmentu D) i masę, z konstrukcyjnego punktu widzenia dzieli je przepaść. Pierwsze BMW serii 5 typoszeregu E39 wyjechało na drogi w 1996 roku. Pierwsza Mazda 6 II generacji trafiła do sprzedaży w roku 2007. Różnicę zauważyć można gołym okiem.

Paweł Rygas

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje