Rafał Marton: Z Małyszem to przyjemność

42-letni Rafał Marton po raz dziesiąty wystartuje w Rajdzie Dakar, który 5 stycznia rozpocznie się w Rosario w Argentynie.

Po raz trzeci będzie pilotem Adama Małysza. Jak podkreślił, jazda z medalistą olimpijskim w skokach narciarskich to przyjemność.

Reklama

- Ponoć kiedy wszystkie załogi Poland National Team będą już w Argentynie, pan z Adamem Małyszem chcieliście witać nowy rok w kraju.

- Rafał Marton: To prawda. Bilety na trasę Warszawa-Frankfurt-Buenos Aires mieliśmy na 1 stycznia. Potem 300 km do Rosario pokonamy samochodem. Będziemy jedyną polską załogą, która w podróż wyruszy w Nowy Rok, ale... Ostatni będą pierwszymi.

- Czy pan wierzy, że Małysz może zostać zwycięzcą najtrudniejszego na świecie rajdu terenowego?

- R.M.: Owszem, może jeszcze nie w tym roku, ale taki cel jest bardzo realny. Przypomnę, że zaczęliśmy w 2012 roku od 38. pozycji, a w tym roku, w 35. edycji imprezy, była już piętnasta lokata.

- Apetyt rośnie... Wypadałoby w 36. edycji uplasować się w czołowej dziesiątce.

- R.M.: My mówimy tak: fajnie byłoby wygrać rajd, ale... nie rozmawiamy o konkretnych miejscach. Każdy sportowiec przystępując do rywalizacji marzy o podium, każdy chce odnieść sukces. Jednak w tej dyscyplinie jesteśmy uzależnieni od pojazdu, który w każdej chwili może ulec awarii. Pragniemy, abyśmy mogli pokonać wszystkie czternaście etapów bez przygód i dobrym, nowym tempem.

- Co to znaczy nowym tempem?

- R.M.: Takim, którego Adam nauczył się w tym sezonie, a jest ono dostosowane do możliwości samochodu i umiejętności kierowcy. W swym pierwszym dakarowym starcie, w styczniu 2012 roku, zasiadał za kierownicą Mitsubishi Pajero. W tym roku była to Toyota Hilux, i tą samą, ale zmodernizowaną, wzbogaconą o klimatyzację, mamy teraz. Można nią gnać 180-190 km na godzinę, jednak tu nie chodzi o szybkość, to nie jest rajd uliczny. Trzeba dostosować tempo do warunków terenowych, a przede wszystkim jechać bardzo mądrze, rozsądnie, nie dać się ponieść emocjom i brawurze.

- Ostatni skok Małysz oddał na Wielkiej Krokwi w Zakopanem 26 marca 2011 roku, a już na początku kwietnia rozpoczął z panem współpracę. I to nietypową, bowiem nie ograniczała się ona do funkcji pilota. Nie ma pan czasami tego wszystkiego powyżej uszu?

- R.M.: Absolutnie! Praca z tak fajnym człowiekiem to ogromna przyjemność. Ale... Nie jest oczywiście cały czas różowo czy tak pięknie jak w bajkach, jednak nasze kłótnie są urocze, a co najważniejsze - twórcze. Taka wymiana poglądów, nawet momentami ostra, przynosi potem efekty. Poza tym widzę, jakie postępy czyni Adam, i to jest budujące. Nie są one może tak szybkie, jak chociażby jeszcze w 2012 roku, gdyż Adam doszedł już do pewnego poziomu sportowego i teraz się na nim stabilizuje.

- Przed Małyszem trzeci start w Ameryce Południowej, dla pana 36. edycja tej imprezy będzie dziesiątym występem. Który Rajd Dakar jest dla pana numerem jeden pod każdym względem?

- R.M.: Ten ostatni, czyli 35. I to nie tylko z tego powodu, że zajęliśmy tak wysokie, bo piętnaste miejsce, ale dlatego, gdyż wszystko się nam układało. Pech nas omijał. Owszem, mieliśmy tam jakieś wpadki, trudności, jednak nie wykluczyły one nas z rywalizacji, ani też nie sprawiły, że spadliśmy na koniec klasyfikacji.

- Rafał Marton urodził się...

- R.M.:... 7 maja 1971 roku w Warszawie, a od 1974 mieszkam w niewielkiej wiosce Łoś koło Piaseczna. W marcu, wraz z Adamem Małyszem, dołączyliśmy do zespołu Orlen Team. Najwyższe, 14. miejsce w Rajdzie Dakar zająłem w 2004 roku.

PRZEGLĄD ROKU 2013, CZYLI OD A, JAK "ANGLIKI", DO Ż, JAK "ŻABY".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje