Mogliśmy zostać na wydmie na wieki wieków

Aż 27 godzin walczyli na trasie siódmego, prowadzącego po pętli wokół Copiapo etapu Albert Gryszczuk i Michał Krawczyk.

Szczęśliwie, mimo poważnych awarii, załodze RMF Caroline Team udało się dotrzeć na metę przed upływem wyznaczonego przez organizatorów czasu. Po doliczeniu kary za ominięcie czterech punktów kontrolnych zostali dopuszczeni do startu do poniedziałkowego etapu do Antofagasta.

Reklama

Dzień przerwy w Dakarze w ekipie RMF Caroline Team minął na zdobywaniu i potwierdzaniu wiadomości o tym, co dzieje się z przebywającą na trasie załogą. Nie było to proste, bo na terenie, gdzie utknęło Pajero z numerem 399 nie działają telefony komórkowe, a telefon satelitarny milczał.

Ostatecznie rajdówka dotarła na biwak holowana przez ciężarówkę Miroslava Zapletala, który zresztą asekurował Gryszczuka i Krawczyka przez praktycznie cały etap.

- Mieliśmy problem ze sprzęgłem. Wymieniliśmy je na trasie wspólnie z ekipą Mirka. To zajęło nam trochę czasu. I podjęliśmy złą decyzję, żeby w nocy jechać przez wydmy. To spowodowało, że założone sprzęgło znów się uszkodziło. W takich warunkach nie widać drogi. Jedzie się na azymut, w zasadzie na wprost. W wielu sytuacjach trzeba się ratować, a robi się to strzelając ze sprzęgła, albo ślizgając nim. No i tak się skończyło. Tym bardziej, że to było takie awaryjne sprzęgło, już po przejściach - opowiadał Albert Gryszczuk.

- Wcześniej jeszcze gdzieś po drodze wymienialiśmy wahacz i koła. Ale to się nie liczy, bo zajęło w sumie pół godziny. Wydmy dały nam porządnie w kość. Sprzęgło wymienialiśmy od godziny 18 do 1 w nocy. A później pojechaliśmy dalej. Bo była pełnia księżyca, więc było coś widać. No i około 3 wpakowaliśmy się w taką jamę, że pajero zakopało się gdzieś pod szyby. Skończyliśmy się odkopywać około 9 - uzupełniał Michał Krawczyk.

Unieruchomione ostatecznie auto utknęło w piasku 6 km przed metą. Wybawicielami Polaków znów okazali się Zapletal i jego załoga. - Oni zatrzymali się na nocleg, więc przez kilka godzin się nie widzieliśmy. Spotkaliśmy się dopiero przed metą. Te wydmy były tak wysokie, że ich pokonanie autem na holu zajęło nam sześć godzin - mówił Gryszczuk.

Mimo piętrzących się przed nimi problemów ani kierowca, ani jego pilot nie stracili nadziei na ukończenie morderczego etapu. Nie wszystkim się to udało. Część porzuconych pojazdów organizatorzy transportowali w niedzielę z wydm helikopterami.

- Mieliśmy czas do godziny 18. Wiedziałem, że jeśli się uda dotrzeć na metę, będzie ok. I udało się - stwierdził Gryszczuk. - Na początku nie było czasu na takie myśli. Kiedy padło sprzęgło zaczęliśmy zastanawiać się, co robić. Telefon satelitarny nam się wyładował więc nie wiedzieliśmy, czy nasza ciężarówka nas znajdzie, czy pojedzie inną trasą i zostaniemy na wydmie na wieki wieków. Na szczęście skończyło się dobrze.

Szkoda tylko, że przepadł nam dzień wolny. Słyszałem nawet, że miałem zarezerwowany w hotelu pokój z klimatyzacją. Ale cóż, takie życie. W zamian mam niezapomniane przeżycia - podsumował Krawczyk.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje