To auto znają wszyscy, ale nie ma nazwy...

Najpierw mini, potem fiat 500 - małe i niepraktyczne autka w stylistyce retro od kilku lat robią na rynku prawdziwą furorę. Co jednak ciekawe, prekursor tej klasy raczej się w Europie nie przyjął.

Volkswagen new beetle, który pojawił się na rynku już w 1998 roku, stanowił zupełne novum w świecie motoryzacji. Bazujący na popularnym golfie samochód, nawiązywał stylistycznie do poczciwego garbusa, który zmotoryzował masy, ale pozycjonowany był jako zupełne jego przeciwieństwo. Sympatyczne autko szybko zdobyło sporą sympatię, ale swoją ceną odstraszało wielu klientów.

Reklama

W miarę upływu lat starano się ją zmniejszyć, wprowadzając do oferty coraz słabsze silniki, ale klienci dalej zdawali się nie rozumieć, dlaczego mają dopłacić około 6 tys. zł za golfa z wyróżniającym się, ale przeraźliwie niepraktycznym nadwoziem.

Czym zatem Volkswagen będzie starał się przekonać potencjalnych nabywców do kolejnej generacji new beetle?

Na pierwszy rzut oka - tym co poprzednio. Sympatycznym nadwoziem budzącym natychmiastowe skojarzenia z poprzednikiem oraz sprawdzoną techniką z golfa. Tym razem jednak postanowiono pomyśleć również o odrobinie praktyczności. Nowy beetle jest ponad 15 cm dłuższy i ponad 8 cm szerszy od poprzednika, dzięki czemu we wnętrzu udało się wygospodarować miejsce, które pozwala na podróż czterem dorosłym, choć niezbyt wyrośniętym, osobom. Powiększył się również bagażnik - jego pojemność wynosi teraz 310 l - to 101 l więcej, niż w poprzedniku.

Ascetycznie, ale z klasą

Sam wystrój wnętrza jest nowoczesny, ale wiele elementów, takich jak radio, czy przełączniki wzięto wprost z innych modeli Volkswagena. Znajdziemy tu jednak pewne odniesienia do protoplasty - wśród wskaźników króluje wielki prędkościomierz, deska rozdzielcza może być wykończona lakierem w kolorze nadwozia, zaś pasażerowie z tyłu zamiast tradycyjnych uchwytów na podsufitce, mają skórzane paski, których mogą się trzymać.

Jeśli jednak komuś niekoniecznie zależy na ascetycznym wnętrzu, wystarczy, że zajrzy do listy opcji. Nawigacja satelitarna z ekranem dotykowym, czerwono-czarna skórzana tapicerka, panoramiczny otwierany dach, 400-watowe nagłośnienie firmowane przez Fendera czy też wykończenie deski imitacją włókna węglowego - to nie jest wyposażenie, jakie może przypominać starego garbusa.

A pod maską?

Podstawowe, benzynowe silniki mają pojemność 1,2 i 1,4 l, co pasuje do wizerunku skromnego autka. Oba mają jednak turbodoładowanie, i w efekcie rozwijają odpowiednio 105 i 160 KM, co czyni z małego volkswagena całkiem żwawe auto. Jeśli ktoś planuje pokonywać nim długie dystanse, może zainteresować się dwoma jednostkami TDI - 1.6 l o mocy 105 KM i 2.0 l rozwijającą 140 KM.

My jednak do jazd próbnych wybraliśmy najszybszą odmianę z 2-litrowym TSI o mocy 200 KM sprzężonym z 6-stopiową skrzynią DSG. Tego typu połączenie budzi emocje i Volkswagen postarał się, aby nie zawieść kierowców topowego beetle'a. Wersja ta bazuje na golfie GTI i trzeba przyznać, że to się czuje. Auto zapewnia dużo frajdy dzięki bardzo dobrze zestrojonemu zawieszeniu i elektronicznej blokadzie mechanizmu różnicowego, która czuwa nad tym, aby 200 KM i 280 Nm nie marnowało się przy agresywnej jeździe. Całość dopełnia świetnie działająca skrzynia DSG oraz miły, basowy pomruk z podwójnego wydechu.

Co ważne, pomimo bardzo dobrych właściwości jezdnych, auto zapewnia niezły poziom komfortu, pod warunkiem, że nie przesadzimy z rozmiarem felg (dostępne są nawet 19-calowe!). Czyni to z topowego beetle'a auto sprawdzające się zarówno podczas codziennej jazdy po mieście, jak i weekendowych wypadów krętymi drogami.

Nowy garbus jest zatem nowoczesnym i całkiem praktycznym samochodem, ale w tej klasie ważne są również możliwości personalizacji. Volkswagen pomyślał i o tym - na liście akcesoriów pojawią się różne możliwości oklejenia swojego samochodu. Za dodatkową opłatą właściciel garbusa może też podkreślić jego historyczne związki z nazwiskiem Porsche.

Zamówić możemy np. charakterystyczne, naklejane na drzwiach, napisy "turbo", wyglądające dokładnie tak, jak w topowej odmianie 911, a na środku deski rozdzielczej mogą pojawić się trzy dodatkowe wskaźniki - ciśnienie doładowania, temperatura oleju oraz... stoper.

Auto bez nazwy

Tego, kto chciałby zabrać swojego garbusa na tor, przedstawiciele Volkswagena nie potrafili określić. Zdradzili natomiast inną interesującą informację, dotyczącą nazewnictwa modelu. Rzecz w tym, że pierwotnie, pierwszy garbus nigdy nie miał własnej, oficjalnej nazwy. Model ochrzczony został po prostu jako "volkswagen typ 1", zaś przydomek "beetle" nadali mu dziennikarze New York Times'a, kiedy po raz pierwszy zobaczyli samochód na salonie samochodowym w Berlinie w 1939 roku.

Na przestrzeni lat pojazd otrzymał tak wiele różnych przydomków, że Volkswagen stwierdził, iż nie będzie narzucał klientom jednolitego nazewnictwa. Potencjalny właściciel będzie mógł zatem zamówić auto, na którego tylnej klapie, jako nazwa modelu, pojawi się przydomek nadany mu w danym kraju. Na polskich drogach, po raz pierwszy, ujrzeć więc można będzie noszącego fabryczne oznaczenia "volkswagena garbusa". Kiedy go zobaczymy? Pierwsze egzemplarze trafią na nasze drogi pod koniec roku. Na "priorytetowych" rynkach auto zadebiutuje nieco wcześniej - w październiku.

Czy druga próba sprzedania nowoczesnego garbusa ma szanse na powodzenie? Z pewnością tak. Auto jest dojrzalsze od poprzednika, nowocześniejsze, a jednocześnie zdaje się bardziej nawiązywać do protoplasty, choćby samą linią nadwozia. Co jednak bardziej istotne, obecnie istnieje już dobrze rozwinięty rynek na tego typu auta, więc sympatyczny volkswagen ma przetarty szlak. Będzie mu też o tyle łatwiej, że ma on kosztować nieznacznie więcej niż porównywalny golf. Możemy spodziewać się zatem ceny około 70 tys. zł. To niemało, ale tyle samo zapłacimy np. za podobnie wyposażonego citroena DS3, zaś bardzo popularne mini jest o wiele droższe.

Michał Domański

Dowiedz się więcej na temat: Fiat 500 | Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje