Taxi, czyli polowanie na "leszczy"

Pada deszcz. Ludzie jakoś boją się deszczu. Wpadają w panikę jak po paru suchych tygodniach zaczyna padać.

Wtedy jadą do pracy nie autem, nie tramwajem ani autobusem, ale właśnie taksówką. Wojtek wstaje wcześnie rano, robi kanapki do pracy, idzie po auto do garażu, staje na postoju. Jak pierwszy kurs jest z "babą" to dzień jest pechowy.

Reklama

- Praca nie jest taka zła, tylko zarobki są różne - raz lepsze, raz gorsze - mówi Wojtek. Niby najgorzej jest w weekendy - pełno meneli, zarzygane siedzenia - ale czasem się opłaca, bo poza pieniędzmi za kurs klient zostawia na przykład telefon komórkowy, po który się później nie zgłasza. A jak się zgłosi i jest w porządku, to i zostawi parę złotych.

Złote kursy i celowanie

Wsiadłam w taksówkę 25 grudnia - pierwszy dzień świąt. Sklepy raczej pozamykane. Spokojny kurs, puste ulice. Nic, tylko jeździć w święta - mówię, po czym odzywa się głos z dyspozytorni: Panowie, pół litra na Łobzowską. Zero odzewu i po kilku sekundach znowu: Panowie, kto zawiezie pół litra na Łobzowską? Klient czeka. Ktoś wziął to zgłoszenie.

- Wie pani, mówi taksówkarz, czasem się ryzykuję biorąc takie kursy, ale nie w święta. W święta ludzie piją i jak sobie wcześniej wódy nie kupią, to później zapłacą każde pieniądze, byleby ktoś im przywiózł alkohol. Bo za taki kurs bierze się piętnaście złotych plus koszt zakupów, chyba, że zamówienie jest bardzo zróżnicowane i nietypowe, to się krzyknie więcej. Z usług naszej sieci korzysta taki facet, który codziennie rano zamawia paczkę papierosów, osiem piw i gazetę. Boi się, żeby sąsiedzi nie nazwali go alkoholikiem - to płaci codziennie piętnaście złotych i ze dwie dychy za zakupy. Tygodniowo wydaje około 245 złotych tylko za to, że się boi opinii sąsiadów.

Staszek, rencista, jeździ głównie nocą. Wtedy są dobre kursy, mały ruch na drodze. Często jest tak, że się po kogoś jedzie, później się czeka np. godzinę, klient wraca i za 60 minut postoju jest 25 zł plus pieniądze za przejechane kilometry i za trzaśnięcie drzwiami.

- Takie kursy to się ma czasem do jakichś urzędów, ale zazwyczaj do burdeli. Najczęściej i tak nie stoi się sześćdziesiąt minut - mówi ze znaczącym uśmiechem Staszek. Nikt nie jeździ własnym autem w takie miejsca - wolą wziąć taksówkę, a i my , jako taksówkarze, którzy dowieźli klienta, mamy dodatkowe 50zł.

Marek, który od 5 lat jeździ na taksówce, woli dłuższe kursy- najlepiej poza rogatki miasta - tam się sunie na trzeciej taryfie, a czasem i na czwartej - w niedziele i święta. Tylko że niekiedy wsiada takie menelstwo - często zachlani albo naćpani gówniarze - i strach jest jechać z taką ekipą przez jakieś zadupia. Jak dużo chłopaków wyjedzie do pracy, to się mniej zarobi. Różne są sztuczki, żeby chapnąć więcej - albo się podkrada kursy, albo się celuje. Z tym podkradaniem to jest tak, że jest zgłoszenie na 3, 5, 7 minut - uczciwi nie biorą zgłoszenia na 3, jeśli nie dojadą w ciągu tych trzech minut. A ci mniej uczciwi biorą "trójki", pomimo że na miejsce zgłoszenia jadą pięć.

- Był taki jeden w naszej sieci, co regularnie kradł kursy. Mieliśmy się kiedyś umówić i mu wspólnie "wytłumaczyć", że tak się nie robi. Tak dosadnie wytłumaczyć.

Celowanie to jak stanie na czatach - wyczekiwanie na klientów pod hotelem, dyskoteką, teatrem, ale nie na postoju. Tu trzeba mieć refleks. Dobrze się też zarabia na "łapkach", bo się nie traci czasu na postojach.

- W sylwestra to same łapki miałem - to taki wyjątkowy dzień, kiedy ludzie się biją o taryfę, bo każdy chce szybko do domu wrócić.

Dowiedz się więcej na temat: plus | ksiądz | pijany | zgłoszenia | zgłoszenie | taksówki | święta | polowanie | taxi

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje