Śmierć trzech osób na oczach policjantów. Jak to możliwe?

Noc z piątku na sobotę, droga krajowa nr 329 między Głogowem a Jerzmanową. Jest bardzo ślisko.

Samochód ciężarowy marki Iveco wpada w poślizg i zatrzymuje się w poprzek szosy. W ciężarówkę uderza audi. Odbija się od niej i wpada do rowu. W wypadku ginie jadący tym autem 42-letni pasażer. Po jakimś czasie pod naczepę Iveco dosłownie wbija się kolejny samochód - peugeot. Podróżują nim trzej mężczyźni. Najmłodszy ma 25 lat, najstarszy - 58. Życie tracą wszyscy...

Reklama

Zdumienie i przerażenie budzi jednak fakt, że do drugiej części tragedii doszło, gdy na miejscu wypadku były już służby ratunkowe, w tym policja, która, jak się dowiadujemy z oficjalnego komunikatu, zabezpieczyła jego miejsce. Tu nasuwa się oczywiste pytanie: skoro tak, to dlaczego nie uchroniło to kierowcy i pasażerów peugeota?

Istnieją różne wersje przebiegu zdarzeń. Zgodnie z pierwszą, peugeot wyjechał z bocznej drogi i jego kierowca nie mógł widzieć rozstawionych przez policjantów (lub strażaków) na szosie pachołków. Według drugiej, pachołki te zwyczajnie staranował.

W dalszym dochodzeniu zapewne okaże się, że jechał zbyt szybko, z prędkością "nie dostosowaną do warunków panujących na drodze", nie potrafił na śliskiej nawierzchni opanować pojazdu i dlatego uderzył w ciężarówkę. Mimo wszystko trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że niezależnie od ewentualnej nieostrożności i błędów popełnionych przez kierowcę peugeota nieszczęścia można było uniknąć...

Każdy, komu zdarza się podróżować samochodem za naszą zachodnią lub południową granicą, miał prawdopodobnie okazję widzieć, jak tam zabezpiecza się miejsca wypadków. Ustawione odpowiednio wcześniej tablice ostrzegawcze. Oświetlone zapory. Migające lampy. Radiowozy z włączonymi "kogutami". Dzięki temu najeżdżający kierowcy mają czas, by zwolnić, wzmóc czujność. A jeżeli nawet z takiego czy innego powodu nie zareagują na wspomniane ostrzeżenia, to co najwyżej uszkodzą jakąś barierkę, lecz na pewno nie dojdzie do najgorszego.

W Polsce, jak widać, jest inaczej. Wypadek między Głogowem a Jerzmanową obnaża siermiężność i zacofanie naszej policji, a więc i państwa. Dowiemy się zapewne, że w tym czasie i miejscu dostępny był tylko jeden radiowóz; że policjanci zrobili, co mogli; że rozstawienie pachołków jest w podobnych sytuacjach przyjętym sposobem postępowania; że trudno zamknąć wszystkie drogi dojazdowe; że winić trzeba przede wszystkim lekkomyślnych kierowców itp.

Czyżby? Nie znając wszystkich okoliczności tragicznych zdarzeń z piątkowej nocy nie chcemy ferować ostatecznych wyroków. Czynią to za nas w swoich komentarzach internauci. Nie skąpią przy tym, poniewczasie, dobrych rad. Nie wiemy, czy właściwym rozwiązaniem byłoby zablokowanie drogi nie pachołkami, lecz ustawionym w poprzek, 200 metrów wcześniej, radiowozem.

Trudno jednak nie zgodzić się z sugestią, by oszczędzając nieco na kupowanym za miliony sprzęcie do ścigania piratów drogowych, zainwestować więcej pieniędzy w nowoczesne urządzenia służące do skutecznego zabezpieczania miejsc wypadków. I w szkolenie funkcjonariuszy. Być może wtedy nie będziemy spotykali w mediach równie bulwersujących tytułów, jak "Śmierć na oczach policjantów".

PS. Zwróciliśmy się do Komendy Powiatowej Policji w Głogowie z prośbą o wyjaśnienie okoliczności tego tragicznego zdarzenia. Oto odpowiedź jaką otrzymaliśmy. "W tej sprawie prowadzone jest śledztwo przez Prokuraturę i w związku z powyższym pytania proszę kierować do Prokuratury Okręgowej w Legnicy lub wykonującej czynności Prokuratury Rejonowej w Głogowie. Nadkom. Bogdan Kaleta".

W sprawie śledztwa skontaktowaliśmy się więc z prokuraturą. Czekamy na odpowiedź.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje