Ryzykant!

Nazwisko: Jean-Pierre Goy Zawód: kaskader. Wiek: 37 lat. Specjalizacja: akrobacje motocyklowe. Światowe rekordy: najdłuższy przejazd na tylnym kole - 235 kilometrów; najdłuższy przejazd na przednim kole - 156,4 metrów. Sukces: udział w filmie "Jutro nie umiera nigdy", najdłuższy w historii Jamesa Bonda, kinowy pościg motocyklowy i skok nad helikopterem, który nawet specjalistom wydawał się niewykonalny. Znak charakterystyczny: perfekcja. Wkrótce przejeżdża do Polski!

Nazwisko: Jean-Pierre Goy

Reklama

Zawód: kaskader. Wiek: 37 lat.

Specjalizacja: akrobacje motocyklowe.

Światowe rekordy: najdłuższy przejazd na tylnym kole - 235 kilometrów; najdłuższy przejazd na przednim kole - 156,4 metrów.

Sukces: udział w filmie "Jutro nie umiera nigdy", najdłuższy w historii Jamesa Bonda, kinowy pościg motocyklowy i skok nad helikopterem, który nawet specjalistom wydawał się niewykonalny.

Znak charakterystyczny: perfekcja. Wkrótce przejeżdża do Polski!

- W jaki sposób zazwyczaj się pan przedstawia?

- Nie lubię mówić o sobie "kaskader". Przedstawiam się raczej jako akrobata lub technik motocyklowy. W słowie "kaskader" przeszkadza mi aspekt związany z łamaniem, psuciem, upadaniem... W końcowych napisach przygód Jamesa Bonda przedstawiono mnie jako specjalistę od wyczynów technicznych. Podkreśla to precyzję mojej pracy. Nie chodzi w niej o łamanie sobie kości, lecz o jak najdokładniejsze wykonanie. To mi odpowiada.

- A co w sobie ceni pan najbardziej?

- Umiejętność przystosowywania się do bardzo różnych sytuacji i niezależnie od warunków, niebezpiecznych i zmiennych - zachowanie zimnej krwi. Sądzę, że to właśnie spodobał się we mnie realizatorowi strony technicznej przygód Bonda - Vickowi Armstrongowi. Powiedzmy, że aktorzy mają do mnie zaufanie. Udało mi się nawet namówić Pierce'a Brosnana do prowadzenia od czasu do czasu - prawdziwego motocykla.

- Co skłoniło pana do kaskaderstwa?

- Gdy miałem sześć lat, ojciec kupił mi jednokołowy rower. Następnie rozciągnął kabel pomiędzy murami hangaru, w którym mieściło się jego przedsiębiorstwo, i nauczył mnie po nim jeździć. Tak się wszystko zaczęło! Wiele zawdzięczam moim rodzicom. popychali mnie zawsze ku ćwiczeniom równowagi. Poza tym dali mi wszystko, czego potrzeba do doskonalenia takich umiejętności. Od siódmego do szesnastego roku życia uprawiałem też jazdę konną. To doskonale przygotowało mnie do wyczynów w sportach mechanicznych.

- Podobno już w szkole podstawowej był pan akrobatą?

- To prawda. Wyczyniałem cuda na rowerze i wrotkach. Bez przerwy się popisywałem! Już wtedy lubiłem kino!

- Podobno lubił się pan przebierać?

- Nigdy za kobietę! Transwestytyzm mnie nie pociągał, ale faktem jest, że już w dzieciństwie uwielbiałem spektakle. Kumple ze szkoły byli moją pierwszą publicznością.

- Jaka była ta pierwsza akrobacja?

- Bardzo dobrze przypominam sobie pierwszy przejazd na tylnym kole motocykla. Miałem niezłego stracha i jednocześnie wielką ochotę. Był to dla mnie ogromny wyczyn, ponieważ nie znałem jeszcze techniki. Współcześnie istnieje wiele szkół trialu czy motokrosu. Wtedy tego typu dyscypliny nie istniały. Byłem więc zmuszony uczyć się na własnych błędach. Czasem bywało to niebezpieczne i bolesne.

- Co wobec tego motywowało pana do tego typu sztuczek?

- Zawsze dążyłem do perfekcji. Moja przygoda ze sportami mechanicznymi rozpoczęła się od trialu. To była doskonała szkoła, bo w tym sporcie główną zasadą jest minimum błędów technicznych. Przejazd bez punktów karnych - bez postawienia nogi na ziemi i bez upadków. Duch trialowej rywalizacji pozostał we mnie do dziś. Kaskaderstwo związane z improwizowanymi upadkami nie interesuje mnie. W filmie "Jutro nie umiera nigdy", końcowa scena jest w zasadzie upadkiem czy też ślizgiem pod helikopterem. Ale jest ona niesamowitą techniczną demonstracją. Proszono mnie w czasie zdjęć, żebym zatrzymał się po upadku w wyznaczonym miejscu, tak więc nawet faza poślizgu była obliczona. Wykonałem tę akrobację cztery czy pięć razy i zawsze prezentowała się tak samo.

- Podnieca pana ryzyko o niebezpieczeństwo?

- Oczywiście, że tak! We wszystkim, co robię jest spory procent ryzyka. Scena z helikopterem mogła mnie kosztować życie. Skoki tego typu, począwszy od wysokości piętnastu metrów, są bardzo niebezpieczne. Ważne jest jednak pokonanie strachu. Dzień, w którym strach mnie pokona, będzie ostatnim dniem mej kariery. Strach uniemożliwia koncentrację i opanowanie. Te dwa elementy stanowią - moim zdaniem - nieodłączną część akrobacji. Kwestia ryzyka to raczej delikatna sprawa. Jestem zmuszony prowokować niebezpieczeństwo i jednocześnie unikać go. Publiczność żąda, abym podejmował ryzyko. To jest zresztą kwintesencja mojego zawodu. Nie mam jednak ochoty skończyć życia na wózku inwalidzkim, a wiem, że w czasie każdego spektaklu wypadek może się zdarzyć co najmniej pięćdziesiąt razy. Potrafię się jednak zatrzymać, gdy czuję, że brak mi pewności i siły.

- Jaki jest stopień bezpieczeństwa w tej pracy?

- Na pierwszym planie znajduje się zawsze bezpieczeństwo publiczności i obsługi technicznej. Kaskader nie może natomiast zbyt się ubezpieczać, bo publiczność chce widzieć realne niebezpieczeństwo. Jest to rodzaj gry złudzeń. Ludzie muszą wierzyć, że ryzykuję życie, a ja nie mogę zapomnieć o własnych ograniczeniach. Czasem nawet imituję błąd, by wywołać dreszcz emocji.

-Czego się pan najbardziej boi?

- Mojego wieku. Zaczyna mnie on niepokoić. Chciałbym jeszcze wiele zrobić, a czas mija bardzo szybko. Wydaje mi się, że osiemnaście lat miałem zaledwie tydzień temu... To mnie martwi. Nigdy nie czułem się tak dobrze jak teraz. Muszę więc szybko zrealizować wszystko, na co mam ochotę.

- Myśli pan o śmierci?

- Wiem, że istnieje. Znam wielu kaskaderów, którzy bez przerwy myślą o śmierci. nie jest to jednak zbyt dobre podejście. Osobiście staram się raczej myśleć o życiu. Optymizm stanowi część mojego charakteru.

- Co bardziej liczy się w kaskaderstwie: sprawność fizyczna, czy siła psychiki?

- Oba czynniki są ważne, a przede wszystkim wyczucie równowagi. Jednak podczas spektakli muszę zajmować się także widownią. Nie mogę po prostu wykonywać akrobacji nie oglądając się na reakcję publiczności. Sądzę więc, że najważniejsza jest przyjemność.

- Jaki rodzaj treningu jest niezbędny do utrzymania formy?

- Jeśli chodzi o mnie, uprawiam przede wszystkim dwa sporty wspomagające: kolarstwo i ćwiczenia siłowe. Od czasu do czasu trenuję na motocyklu, ale w sensie wytrzymałościowym i na dzikich terenach. Daje mi to siłę fizyczną i szybkość reakcji.

- Czy konieczne są ćwiczenia psychiczne zwiększające koncentrację i odporność na stres?

- Nie. U mnie wytwarza się to w sposób zupełnie naturalny. Gdy występuję przed dwudziestoma tysiącami ludzi, stres jest czynnikiem, który pozwala mi się doskonale skoncentrować. W przypadku planu filmowego sytuacja znacznie się komplikuje. Czasem jestem doskonale przygotowany i dowiaduję się, że muszę czekać kwadrans, pół godziny czy więcej. Podczas mych prywatnych spektakli wiem, o której godzinie zacznę. Mogę więc przygotować się spokojnie. Skupiam się więc parę minut przed startem. Podczas zdjęć filmowych nic nie jest pewne. Trudno utrzymać nerwy w stanie totalnej gotowości przez - na przykład - dwie godziny. W momencie, gdy pada słowo "akcja", po koncentracji nie ma już śladu.

- Sam wymyśla pan akrobacje?

- Wszystkie akrobacje z mojego prywatnego repertuaru przygotowuję sam. Jestem specjalistą od akrobacji motocyklowych, ale współpracuję z wieloma profesjonalnymi kaskaderami zajmującymi się akrobacjami samochodowymi, samolotowymi czy nawet narciarskimi. Pozwala mi to tworzyć spektakle coraz bardziej skomplikowane technicznie. Jednocześnie praca z kaskaderami na światowym poziomie obniża stopień ryzyka i przyspiesza proces kreacji. Nie musimy medytować nad pomysłem przez długie godziny. Każdy jest perfekcjonistą w swojej specjalizacji, więc rozumiemy się w mgnieniu oka.

- Akrobacje, które wykonuje pan na planie "Jutro nie umiera nigdy", są szczególnie niebezpieczne?

- Przede wszystkim na motocykl BMW, który waży 290 kg! Jest więc bardzo ciężki i jednocześnie ma bardzo długi kadr. Utrudnia to totalne kontrolowanie maszyny. Poza tym często byłem obarczony pasażerem i dwiema kamerami. Dodawało to do ogólnej wagi około stu pięćdziesięciu kilogramów. Tak obładowany musiałem zachować skrajną precyzję. Podczas moich prywatnych spektakli mam natomiast zupełną swobodę. Akrobacje wykonuję sam. Często wykorzystuję lekkie motocykle trialowe. I nawet jeśli popełnię drobny błąd, ryzyko dotyczy wyłącznie mnie. James Bond był więc dla mnie wielkim wyzwaniem i wspaniałą przygodą.

- Wszystko dokładnie było przygotowane, czy pozwolono panu na improwizację?

- Istnieją kaskaderzy, którzy obliczają wszystko na komputerze. Nie sądzę, żeby to była idealna metoda. Jedyna akrobacja przygotowana w ten sposób, jaką widziałem, zakończyła się wypadkiem i osoba, która ją realizowała jest dziś kaleką. Tak więc zbytnie zaufanie do mechanicznie tworzonych teorii to raczej błąd. Należy oczywiście brać pod uwagę czynniki statystyczne i obliczenia matematyczne, ale przede wszystkim nie można zapominać o znaczeniu doświadczenia i umiejętności technicznych danego kaskadera. Wykonując skok na motocyklu potrafię dokładnie określić, gdzie wyląduję uwzględniając wyłącznie wagę pojazdu i moc silnika. Jednak nad trzysekundowym skokiem w "Jutro nie umiera nigdy" pracowałem dwa i pół miesiąca. Nawet, gdy wszystko jest już doskonale opracowane, obliczone i wypróbowane pozostaje zawsze ryzyko związane ze sprawnością motocykla. W każdej akrobacji istnieje tzw. martwy punkt - moment, w którym nie można się już zatrzymać, a nie można jeszcze wykonać akrobacji. Jeśli motocykl szwankuje właśnie w tej chwili, kaskader ociera się o śmierć. Słynny skok nad helikopterem z ostatniego Bonda miał długość dwudziestu jeden metrów. Wszyscy na planie filmowym zakładali się, z jak wielką precyzją go wykonam. kilka osób z głównej ekipy narysowało nawet swoje linie na obszarze lądowania, przypuszczając, że osadzę motocykl na ziemi dwadzieścia centymetrów bliżej czy dalej... W rezultacie pomyliłem się może o centymetr.

-Kto wygrał zakład?

- Oczywiście szef kaskaderów - Vicky Armstrong. Miał zawodowe oko. Poza tym uczestniczył we wszystkich próbach i musiał doskonale znać moje możliwości, ponieważ do niego właśnie należało ratowanie mnie w razie nieprzewidzianego wypadku.

- W rezultacie urok Jamesa Bonda jest przede wszystkim owocem pana pracy. Powiedzmy, że Bond to pan!

- Nie, nie... Na początku identyfikowałem się z Bondem, ale moja żona szybko wybiła mi to z głowy. Stwierdziła, że to co dobre w kinie, w domu jest nie do wytrzymania... Prawdę mówiąc to była pułapka. Na początku zdjęć powiedziano mi, że będę wykonywał jedynie najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze akrobacje, pozostawiając większość scen Pierce'owi Brosnanowi. Taka perspektywa zupełnie mi wystarczała. Jednak kiedy Pierce pojawił się w Tajlandii, już podczas pierwszej konferencji prasowej stwierdził, ze nie wsiądzie na motocykl. Tak więc Vicky Armstrong zdecydował, że zajmę się całością. Zdjęcia były często zabawne, ponieważ Tajlandczycy, obserwując moje akrobacje, brali mnie za Brosnana - słowem byłem Jamesem Bondem! Fotografowano mnie, proszono o autografy. Kiedy Brosnan pojawił się na planie, nie był zbyt zadowolony, ale co miałem robić? Wysłałem wielbicieli do niego, tłumacząc z żalem, że jestem tylko kaskaderem. Nikt nie chciał jednak uwierzyć, ze Bond to on, a nie ja! To było trudne do wyperswadowania. Tym bardziej, że Pierce prawie nigdy nie prowadził prawdziwego motocykla. Jeździł na wielkim motorze ciągniętym przez wózek mechaniczny. Tajlandczycy stwierdzili więc, ze to nie może być on i tłum, który wysłałem po autografy do Pierce'a, wrócił do mnie. Były momenty tak wielkiej mojej popularności, że nie mogłem pracować. Bez przerwy podpisywałem plakaty i zdjęcia. Pewnego razu Brosnan przyszedł zobaczyć co się ze mną dzieje. Publiczność nawet nie zwróciła na niego uwagi. Trzeba przyznać, że przyjął to z dużym poczuciem humoru. Dla mnie, zarówno Pierce jak i Tajlandczycy, byli naprawdę wspaniali. Zamierzam tam wrócić z moim prywatnym spektaklem.

- Podoba się panu osobowość Jamesa Bonda?

- Tak. Byłem nim zafascynowany już dużo wcześniej. Widziałem niemalże wszystkie wersje telewizyjne i kinowe. Kiedy zaproponowano mi udział w realizacji filmu, spełniło się jedno z moich wielkich marzeń. W środowisku kaskaderów jest to bowiem dużym osiągnięciem. Film ze Schwarzeneggerem, Stallone czy Van Dammem to sukces. Jednak James Bond będzie zawsze najdoskonalszą referencją. Ten, w którym uczestniczyłem, jest już siedemnastą wersją. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z liczby fanów tej postaci. W Tajlandii widziałem osoby wręcz przebrane za Bonda.

- Pana wielbiciele są równie liczni?

- Mam ich sporo, ale całe szczęście nie ubierają się tak, jak ja! Po pojawieniu się filmu na ekranach, liczba moich fanów znacznie wzrosła. Poza tym jestem coraz bardziej doceniany przez media, a to zwiększa oczywiście popularność.

- Czy zdarza się panu marzyć?

- Marzę, albo raczej wyobrażam sobie pewne rzeczy... Najczęściej zdarza mi się to w samochodzie, na długich trasach. Od pewnego czasu zacząłem uśmiechać się do marzeń, bo zdałem sobie sprawę, że moje rojenia często stają się rzeczywistością. Miesiąc przed podpisaniem kontraktu dotyczącego pracy z ekipą techniczną "Jutro nie umiera nigdy" śniło mi się, że znajduję się na planie filmowym. Szybko o tym zapomniałem, aż któregoś dnia zadzwoniono do mnie, proponując mi udział w filmie. Najpierw pomyślałem, że to kawał któregoś z moich kumpli. To był poniedziałek. W środę byłem już w Londynie. Na lotnisku czekał na mnie szofer. Drogę do studia filmowego odbyłem we wspaniałym Jaguarze. Gdy po tym wszystkim dowiedziałem się jeszcze, że chodzi o kolejną wersję przygód Bonda - oniemiałem... Nie znajduję odpowiednich słów, żeby opisać, co działo się w mej głowie! Plan filmowy stał się moim drugim domem. W tej chwili pracuję nad nowymi kaskadami dla Bonda. Mam nadzieję, że zostaną zrealizowane. Często kontaktuję się też z Vickiem Armstrongiem - staliśmy się przyjaciółmi. Byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli jeszcze raz pracować razem. Naprawdę mam szaloną ochotę znowu znaleźć się na planie filmowym. Słowo "akcja" zaczyna mnie podniecać.

Rozmawiała Elwira Milczyńska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje