Prawo jazdy? No problem

Przeżyć życie w USA nie znając języka angielskiego to żadna sztuka, ale bez prawa jazdy - ani rusz.

Wyrobienie "driver's license" wymaga przejścia procedury mniej więcej równie uciążliwej, jak w Polsce, ale można pójść "na skróty". Jeden z naszych Czytelników opisał dla serwisu Motoryzacja, w jaki sposób wszedł w posiadanie amerykańskiego prawa jazdy, a później, po powrocie do Polski, zamienił je na polski dokument. I to bez kursu na prawo jazdy i egzaminu praktycznego. Tak na dobrą sprawę także bez umiejętności prowadzenia auta. Oto jego opowieść:

Reklama

Mieszkałem kilka lat temu w Nowym Jorku i w pewnym momencie stwierdziłem, że potrzebne mi jest prawo jazdy. Wtedy znajomi wysłali mnie do "wyspecjalizowanej" polskiej agencji, jakich wiele przy Greenpoint Ave. czy Nassau Ave. Placówki te zajmują się głównie wysyłaniem paczek do Polski, pośrednictwem pracy czy załatwianiem spraw urzędowych, ale przy okazji świadczą również usługi z zakresu ruchu drogowego.

Człowieka z agencji wcale nie zmartwiło to, że nie mam polskiego prawa jazdy. Pobrał ode mnie 50 dolarów i kazał się zgłosić następnego dnia pod wieczór. Wtedy dostałem polskie prawo jazdy na moje nazwisko, wystawione gdzieś w Łomży czy Ostrołęce. Pod agencją czekało już kilkunastu takich jak ja delikwentów. Podjechał bus i wszyscy, wraz z opiekunem, zapakowaliśmy się do auta. Pojazd był wystarczająco wygodny, żeby odbyć nim ponad 10-godzinną podróż. Jak się okazało, przepisy niektórych stanów dopuszczały wymianę polskiego prawa jazdy pod warunkiem zdania egzaminu teoretycznego. W samym Nowym Jorku było to niemożliwe, dlatego agencja załatwiła nam wyjazd do pewnej miejscowości położonej gdzieś w Nowej Anglii.

Po drodze rozdano nam skserowane broszury, zawierające zestawy pytań i odpowiedzi testowych z przepisów drogowych. Zapoznanie się z nimi zajęło nam jakieś pół godziny, a resztę podróży przespaliśmy rozłożeni wygodnie w fotelach.

Rankiem dotarliśmy do schludnej i sympatycznie wyglądającej miejscowości. Jadąc przez miasteczko, spisaliśmy przypadkowe adresy, podając je później jako miejsce swojego zamieszkania. Zainstalowaliśmy się na parkingu, a opiekun wskazując na budynek "motor wieko" (Department of Motor Vehicles - Wydział Ruchu Drogowego) zaczął nas wysyłać po 2-3 osoby. Chodziło o nierobienie nadmiernego tłoku, bo w tej miejscowości nie mieszkało zbyt wielu Polaków.

W urzędzie należało wypisać wniosek, stanąć przed urzędnikiem, który polaroidem robił zdjęcie, nachylić głowę do urządzenia badającego wzrok, a następnie napisać test. Do wyboru wersja po angielsku, hiszpańsku lub... po polsku, na komputerze albo w papierze. Cała grupa przeszła ten "wymagający" egzamin bez wpadki. W sumie, po paru godzinach na miejscu, wydaniu - bodajże - 18 dolarów na opłaty urzędowe, rozsiedliśmy się wygodnie z busie, oglądając z dumą plastikowe "lajzensy".

I tak bez niepotrzebnego stresu, tracenia wielu dni na kolejne, nieudane podejścia do zdania egzaminu z jazdy na ulicach Nowego Jorku, (co czeka każdego, bo podlegający miastu instruktorzy z lubością oblewają kandydatów do prawa jazdy nawet po kilkanaście razy, wzbogacając w ten sposób kasę NYC), uzyskałem przepustkę do normalnego życia w Ameryce.

Ciekawi jesteśmy, czy ktoś z Was także próbował uzyskać amerykańskie prawo jazdy w ten sposób. Czy to nadal jest możliwe? W których stanach przepisy dopuszczają taką ewentualność?

Dowiedz się więcej na temat: Życie | problem | jazdy | prawo jazdy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje