Polski kierowca za granicą

Jedną z rzeczy, która mnie pchnęła do wyrażania swoich poglądów publicznie, jest to, jakie nieprawdziwe rzeczy czytam lub słucham o motoryzacji. Niektóre wynikają ze złej informacji, braku doświadczenia, inne z naszych kompleksów i bałwochwalczego podziwu dla innych. Kiedy usłyszałem w radio, jaka to różnica w umiejętnościach i przestrzeganiu prawa, dzieli polskich kierowców i niemieckich, postanowiłem podzielić się swoimi spostrzeżeniami.

Od 1993 roku jeżdżę samochodem regularnie za granicę, najczęściej na zachód, czasem na południe. Co najmniej raz w tygodniu jadę do Niemiec, Belgii, Holandii, obecnie rzadko do Włoch. Wydaje mi się, że wiem jak zachowują się kierowcy z różnych krajów. Osobną sprawą jest jak Polacy jeżdżą u siebie, ale za granicą nie ma się za co wstydzić. Oczywiście jakiś niewielki procent szaleńców przedziera się przez nasze granice, ale to margines. Do wyjątku należą już kierowcy w leciwych maluchach, dużych fiatach i poldkach. Dzięki wysokim cenom paliwa i skrupulatnej kontroli granicznej, Polacy nie wyróżniają się niczym od reszty, a zakompleksiony kierowca gorszego auta nie musi udowadniać większych umiejętności. Gęsta i wydajna sieć autostrad, powoduje, że Polak nie musi nadganiać straconego czasu, bo tyle ile założył trwa podróż, ba stać go nawet na uprzejmość. Niespotykany komfort podróży, bardzo dobre oznakowanie dróg, powoduje, że na zaciętej dotąd twarzy gości przyjazny uśmiech.

Reklama

10 października br. jechałem z Drezna do Monchengladbach, czyli przez całe Niemcy ze wschodu na zachód. Było ponuro, pochmurno i większość dnia padało, wiadomo jesień. 40% Niemców jechało bez świateł, a na cztery spotkane przeze mnie samochody policyjne tylko dwa jechały na światłach mijania. Natomiast wszystkie auta na polskich rejestracjach te, które mijałem i te, które mnie wyprzedzały, miały włączone światła. Często widzę niemieckie samochody jadące w deszczu, śniegu i mgle, nieoświetlone. A obligatoryjnie włączane tam światła, o których mówił kiedyś słuchacz programu trzeciego, to po prostu fikcja. Nagminne też jest jeżdżenie w okresie szarówki z włączonymi światłami pozycyjnymi, szczególnie aut ciężarowych.

Prędkość samochodów ciężarowych jest tam ograniczona do 80 km/h. Do 90 km/h nikt nie ma pretensji. Prędkość jest notowana przez tachograf, więc Policjant lub pracownik BAG (odpowiednik dawnej inspekcji gospodarki samochodowej), może skontrolować wstecz i ukarać przekroczenie. Problemy zaczynają się powyżej 90 km/h, ale nie dla wszystkich. Ja jeżdżę z prędkością 85-90 km/h, ale większość Niemców wyprzedza mnie swobodnie. Policjant nie zatrzymuje niemieckich samochodów, które mnie wyprzedzały, więc musiały jechać szybciej ode mnie, są w porządku. Przy oglądaniu mojej tarczki tacho pojawiają się problemy, przeważnie kończy się na ostrzeżeniu słownym. Wystarczy, abym poczuł, że tu w Niemczech jestem obywatelem drugiej kategorii. Uprzejmość pojawia się dopiero na stacji benzynowej, gdy tankuję powyżej 100 litrów paliwa. Czasami zdarza się, że gdy polska ciężarówka wyprzedza niemiecką, wyprzedzany Niemiec dodaje gazu i Polak, mający za plecami rząd aut osobowych może jechać tylko do przodu. A to po to, aby w tachografie został ślad większej od dozwolonej prędkości, a przy kontroli Polak zapłacił mandat. Prawdę mówiąc Polacy rewanżują się, ale na szczęście są to coraz rzadsze zachowania.

W Niemczech pokazywanie "nieładnych" gestów jest karane przez odpowiednik polskiego kolegium. Jednak pośpiech, nieznajomość prawa i języka powoduje swobodę Niemców w stosunku do obcych kierowców. Odwrotnie jest to niemożliwe, Polak wyprzedzający Niemca, może mu najwyżej pokazać zapalniczkę, co oznacza, że samochód Niemca nadaje się tylko do spalenia. Rzeczy takie, jak wspominałem na szczęście należą już do rzadkości, jednak nie należy być zdziwionym napotykając na takie przyjęcie.

W razie jakiejkolwiek awarii, pomocy od kierowców najmarniejszych aut. O wiele szybciej pomoże nam kierowca leciwego Poloneza, starego opla z Rosji, czy Avii z Czech, niż rodak podróżujący luksusowym samochodem.

Polscy kierowcy za granicą niczym szczególnym nie wyróżniają się, wiara w niemiecki porządek powoduje, że rzadziej od innych łamią przepisy, a umiejętności często mają większe (raz zdarzyło mi się cofać za belgijskiego kierowcę, zestawem z przyczepą pod rampę, bo ten nie potrafił). Życzliwość rodaków jest tylko widoczna przez szybę, tak jak inni kierowcy uważają, że potrzebujący powinien sam sobie dać radę, albo skorzystać z odpowiednich służb.

Ale jest jedna rzecz, która różni polskich kierowców od reszty, to zachowanie po wypadku. Zrelaksowani Niemcy wiedzą, że wszelkie straty pokryje ubezpieczalnia, a na czas naprawy warsztat udostępni inne auto. Myślę, że gdy w Polsce składka ubezpieczeniowa będzie procentowo zabierała tyle zarobków co w Niemczech, a usługi ubezpieczalni i salonów naprawczych będzie zbliżona, to w tłumie poszkodowanych po stłuczce, biegający nerwowo i rozpaczający ludzie na pewno nie będą Polakami.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje