Policja ma zawsze rację?

Po naszej publikacji listu, w którym dziewiętnastolatek skarżył się, że policja uznała go sprawcą stłuczki, mimo że drugi samochód jechał bez świateł, otrzymaliśmy wiele informacji o podobnych zdarzeniach, błędnych interpretacjach lub niezrozumiałych decyzjach policjantów.

Poniżej prezentujemy tylko jeden z nich.

Reklama

"Widzę, że jako jedna z niewielu Redakcji faktycznie macie kontakt z czytelnikami - tzn. listy czy mejle do Was pisane nie giną gdzieś w stosach papierów na biurkach, ale są "puszczane w eter" dla wzbudzenia ogólnonarodowej dyskusji.

Po zapoznaniu się na łamach Interii z listem od chłopaka ukaranego mandatem i 6 pkt. karnymi za spowodowanie stłuczki w nocy z pojazdem, który poruszał się bez świateł, postanowiłem, że też do Was napiszę. Chciałbym po prostu poznać zdanie innych użytkowników dróg , może nawet policjantów. Sprawę umieściłem na kilku forach, przeszukałem w sieci sporo stron, ale nie znalazłem satysfakcjonującej mnie odpowiedzi na moje pytanie.

W sierpniowe popołudnie - około godz. 14:00 - "wlokłem" się dosłownie 50 km/h za kolumną ciężarówek na jednej z podkarpackich głównych dróg. Wyziewy z rur tych starych gratów były tak duszące (dzień był bardzo gorący, konieczna była jazda z otwartymi szybami - nie mam niestety klimatyzacji), że zaczynało mi się powoli robić słabo. Nie miałem możliwości wyprzedzenia, z przeciwka ciągnęła identyczna jak przede mną karawana starych starów. Gdyby nie fakt, że jechałem w podróż służbową i miałem dość ograniczony czas wolny, po prostu zatrzymałbym się na jakimś przydrożnym parkingu na kilkanaście minut, żeby pozwolić smrodom odjechać, a gdybym je dogonił, sytuacja na drodze być może była o wiele korzystniejsza do wyprzedzania.

W końcu doczekałem się pasa długiej, dobrze - co podkreślam - widocznej wolnej drogi na przeciwnym pasie, więc nie namyślając się wiele skorzystałem z okazji, żeby wyprzedzić kopcące graty. Prędkość z 50 km/h skoczyła do około 110 km/h - w terenie niezabudowanym nie jest to chyba aż taka przesada, zwłaszcza, że z przeciwka nic nie jechało, prócz jednego auta w oddali - które dobrze widziałem. Bez najmniejszego problemu zamierzałem wyprzedzić naraz te 4 ciężarówki, które jechały przede mną i blokowały cały ruch ze strony Krosna. Manewr, jak mi się wydaje bezpieczny, jeśli ma się kilkaset metrów pustej drogi przed sobą.

Na drodze podporządkowanej z lewej strony jak na dłoni widziałem samochód zbliżający się do skrzyżowania, na którym ja miałem pierwszeństwo. Zatrzymał się przed nim, gdy byłem jakieś 100 m od owego skrzyżowania. Kończyłem wyprzedzać ostatnią ciężarówkę i zjeżdżając na swój pas kątem oka (na sekundę przed tym jak znak schował się za ciężarówką) zauważyłem znak ograniczenia prędkości do 60 km/h - zapewne z powodu owego skrzyżowania z drogą podporządkowaną.

W tym momencie samochód nadjeżdżający z przeciwka zbliżył się na tyle, że rozpoznałem w nim samochód policyjny - z kogutami na dachu. Co prawda wcześniej prędkość nieco przekroczyłem, ale teraz już spokojnie jechałem dalej - po wyhamowaniu w okolice prędkości ze znaku ograniczenia. Kiedy minąłem już skrzyżowanie z drogą podporządkowaną - a przypomnę, że na swoim pasie byłem wtedy już co najmniej kilkadziesiąt metrów - auto policyjne nadjeżdżające z przeciwka włączyło nagle sygnał świetlny i dźwiękowy w odległości jakichś 100 m przede mną.

Zdumiałem się jeszcze bardziej, gdy policjanci zatrzymali się, z okna wychylił się lizak i już nie miałem wątpliwości, że chcą ze mną porozmawiać. Wyhamowałem z piskiem, ciężarówka za mną zatrzymała się jakieś 2 metry za moim bagażnikiem i dowiedziałem się od stróżów prawa, że mam jechać za nimi. Nawrócili na środku jezdni - na trzy razy - pojechałem za nimi na najbliższy parking. Tam przeprowadzili ze mną dziwną rozmowę.

Nie wiem w jaki sposób stwierdzili, że złamałem zakaz ograniczenia prędkości, oczywiście nie mieli żadnego dowodu - pomiaru z radaru - to potwierdzającego. Nie wiem, na jakiej podstawie twierdzili, że wyprzedzając przed skrzyżowaniem stanowiłem zagrożenie dla samochodu znajdującego się drodze podporządkowanej, skoro ja wyprzedzałem na linii przerywanej, a owo auto miało przed sobą znak "ustąp pierwszeństwa przejazdu". A przynajmniej ja na swojej drodze napotkałem znak - "droga z pierwszeństwem" - czego byłem pewien na 100%.

Gdyby nie fakt, że tego dnia i tak już sporo czasu zmarnowałem wlokąc się za tymi trucicielami i faktycznie się spieszyłem, dyskutowałbym z policjantami dłużej i być może inaczej. Najbardziej mnie zdziwił fakt, że bez żadnych argumentów postanowili mi wlepić 10 !! punktów karnych. Kiedy spytałem za co i na jakiej podstawie, powiedzieli, nie żartując, że może to być spokojnie więcej za takie wykroczenie. Za jakie wykroczenie - spytałem? Za takie, które kosztuje pana 600 zł.

Wtedy już w ogóle zdębiałem. Wydawało mi się, że jestem bohaterem "Procesu" Kafki albo w jeszcze lepszym Matriksie.

Kiedy powiedziałem, że nie mam zamiaru pod żadnym pozorem płacić 600 zł i proszę o wyjaśnienie na jakiej podstawie dostaję 10 punktów karnych, oni wprost spytali ile zarabiam. Oczywiście tylko parsknąłem ze wściekłości (jak mówiłem, jechałem na służbowe spotkanie, niestety byłem w garniturze - co w taki upał jeszcze dodatkowo mnie wnerwiało w tym aucie bez klimy). Po kilkunastu minutach jednostronnej próby rozmowy - z mojej strony - i zastraszania typu: ta rozmowa może potoczyć się inaczej, albo: niech się pan cieszy, że tylko tyle pan zapłaci, policjanci sami zaproponowali w końcu kwotę 350 PLN. Ponieważ nie kwapili się do wypisania druczku, więc stwierdziłem, że prawdopodobnie polują raczej na łapówkę, niż faktycznie chcą mnie ukarać. Ale wtedy moja wściekłość sięgała już zenitu więc powiedziałem po prostu: "Proszę wypisywać ten mandat, bo nie mam czasu". Mandat został mi wypisany, ale czułem się niewinny i planowałem nawet mandatu nie płacić i próbować się dowiedzieć, w jaki sposób można się odwołać. Zaznaczam, że to był mój pierwszy mandat w życiu, chociaż przejeżdżam około 20 tys km rocznie, więc miałem średnie doświadczenie, jak się zachować w takiej sytuacji. Niestety nawał pracy spowodował, że nie zdążyłem z mandatem nigdzie pójść, nikogo zapytać ani się odwołać. A ponieważ moja żona miała już przykre doświadczenia z komornikami, chcąc jej zaoszczędzić ew. ponownej wizyty i nerwów, mandat po prostu zapłaciłem. Ale wściekłość z tego powodu czuję do dzisiaj.

W tym miejscu pojawia się moje pytanie: czy policjanci słusznie mnie ukarali - bez dowodów mojej winy - mandatem w wysokości 350 PLN i 10 (sic.!) punktami karnymi? Co mogłem zrobić w tej sytuacji, w której się znalazłem?

Pozdrawiam serdecznie

Z poważaniem

Imię i nazwisko do wiadomości redakcji"

Co myślicie o tej sytuacji? Czy policjanci mieli prawo do takiego zachowania? Czy Wam podobne sytuacje też się przydarzają na drogach?

Dowiedz się więcej na temat: stłuczki | skrzyżowania | znak | policja | mandat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL