Poland National Team razem na biwaku

Za nami pierwszy etap Rajdu Dakar z Rosario do San Luis. Polscy kierowcy odnieśli już pierwsze małe sukcesy, borykali się z problemami technicznymi i po długim oczekiwaniu wreszcie poczuli smak rywalizacji na argentyńskich bezdrożach.

Na biwaku wszystkim naszym reprezentantom udało się rozłożyć swój sprzęt koło siebie, dzięki czemu stworzyli prawdziwe, biało-czerwone miasteczko.

Reklama

- Pierwszy raz w tak dużej grupie udało nam się stanąć obok siebie na biwaku, a to bardzo miłe, bo możemy podzielić się wrażeniami i omówić to, co czeka nas jutro. Najważniejszy jednak jest sam fakt bycia razem, bo to coś, na co zawsze kładliśmy w reprezentacji duży nacisk. Mamy też nietuzinkowe miejsce, bo rozłożyliśmy się na asfaltowym torze, a nie na błocie, czy w kurzu. To bardzo przyjemna zmiana - mówił Piotr Beaupre po przyjeździe do bazy w San Luis.

W bardzo dobrych humorach na mecie odcinka byli Rafał Sonik i Krzysztof Hołowczyc, którzy w swoich klasach dojechali odpowiednio na 4. i 7. pozycji. - Jestem przesądny i dlatego zawsze pierwszy etap jadę bardzo ostrożnie. Do tej pory jeśli wypadałem z rywalizacji to zawsze na inaugurację, a dziś było dużo ciasnych, śliskich zakrętów, więc starałem się pokonywać każdy fragment trasy bardzo uważnie. Mój quad jest bardzo dobrze przygotowany i bardzo się cieszę, że nie musiałem ani raz zatrzymywać się z powodu jakiejś małej, czy większej awarii. Mam nadzieję, że tak będzie również w kolejnych dniach, bo wtedy mamy szansę na naprawdę dobry wynik - mówił Sonik.

- Może nie jest to dla nas wymarzony początek i zdajemy sobie sprawę, że mogło być lepiej, ale to dopiero krótka przygrywka - komentował swoje 7. Miejsce Hołowczyc - przed nami jeszcze dwa tygodnie ostrej rywalizacji. To jest Dakar, najtrudniejszy rajd świata i to oczywiste, że nie będzie łatwo. Jestem mocno zmotywowany, żeby jechać coraz szybciej, chcę wygrywać etapy i być na podium. Nasz czas, identyczny ze Stephanem Peterhanselem jest satysfakcjonujący, ale konkurencja w tym roku jest wyjątkowo wyrównana i trzeba będzie na kolejnych etapach cisnąć dużo mocniej.

Z wydawałoby się błahą awarią musiał sobie radzić Adam Małysz, który na metę odcinka specjalnego dotarł z 23. czasem. - Byłoby z pewnością lepiej gdyby nie awaria wycieraczek. Przez nią musieliśmy znacznie zwalniać przed każdą kałużą. Usterka zostanie naprawiona i mam nadzieję, że jutro pójdzie nam jeszcze lepiej - mówił były skoczek.

Najwięcej "przygód" miała Tatra prowadzona przez Jarosława Kazberuka. - Nic dobrego nie mogę powiedzieć. Silnik jest bardzo dobrej marki, ale prawdopodobnie jest jakiś problem z elektroniką po kilkadziesiąt razy gasł, a my walczyliśmy żeby go odpalić. Przy okazji blokowaliśmy trasę, także było wesoło, ale też bardzo nerwowo. Jesteśmy z tyłu stawki, ale dotarliśmy na metę o własnych siłach. Jest jeszcze czas żeby odrobić stracone pozycje - zapowiedział kierowca.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje