Motocyklem do Chin? To możliwe. Fascynujący film

Stoimy na skrzyżowaniu w Sary Tasz, po kirgisku to oznacza Żółty Kamień - czyli Yellowstone, nigdy nie byłem w USA, ale w tym miejscu jestem już nasty raz.

Po raz drugi skręcam w lewo, czyli w stronę Chin, to tylko 80 kilometrów stąd. Gdybym pojechał prosto po 20 kilometrach trafiłbym do Tadżykistanu, 300 kilometrów dalej jest Afganistan. Gdybym pojechał w prawo mógłbym po kilkudziesięciu kilometrach dojechać na przykład pod siedmiotysięczny Pik Lenina. Stoimy na skrzyżowaniu dróg należących do Jedwabnego Szlaku, pośrodku doliny Ałajskiej. Tuż za nami ciągnący się na północ Tien Shan, a przed nami olbrzymi ściana Pamiru. Ale my skręcamy w lewo, do Chin.

Reklama

Wśród podróżników motocyklowych Chiny mają specjalny status. Trudno tu wjechać, wielu wręcz uważa że to niemożliwe. A już przed wojną dojechali tu z Polski Bujakowscy na swojej BSA, samochodem (Warszawą!) dojechał tu w 1957 roku Roman Sługocki. Indywidualni turyści trafiają tu rzadko, najczęściej podczas podróży na jakiś koniec świata. Kilka firm z Niemiec, Anglii i Francji za grube tysiące funtów czy euro organizuje wielotygodniowe wycieczki np. z Paryża do Pekinu. W tym roku dołączamy do tego klubu wydając dużo mniej.

Na wschód z Irkesztam prowadzi idealny asfalt, kiedy jechałem tą drogą przed czterema laty pokonanie 80 kilometrów motocyklami zabrało nam niemal 4 godziny. Teraz, gdyby nie widoki które każą nam się zatrzymywać na każdym zakręcie, by robić kolejne zdjęcia, można by dojechać do Chin w godzinę. Do Polski jednak stąd daleko, ponad 6000 kilometrów, prawda że już asfaltowych...

Jest nas 10 osób, 6 motocykli i jedno auto. Granica na przełęczy Irkesztam, położonej grubo powyżej 3000 metrów, jest zamykana w sobotę i niedzielę. Na co dzień też zresztą czynna tylko do godz. 17. My mamy uzgodnione jej przekroczenie właśnie dzisiaj. Uzgodnione i przygotowane. Korespondowałem z moim kolegą z agencji turystycznej przez kilka miesięcy, wypełniałem jakieś kwitki, robiłem dziwne zdjęcia naszych pojazdów, skanowałem dokumenty, negocjowałem ceny. I oto jesteśmy po drugiej stronie granicy. Nie mam obaw, że czeka na nas po drugiej stronie z dokumentami, znamy się już kilka lat, jesteśmy zresztą w kontakcie telefonicznym.

Kirgizi nas wypuszczają bez żadnych problemów, pierwszy posterunek chiński przy jakimś marnym baraczku jest kilka kilometrów dalej. Tu sprawdzają tylko czy mamy prawo wjechać na chińskie przejście graniczne. Dalej witają nas już budynki i większa ekipa pograniczników i celników, trochę krzywo się patrzą na robienie zdjęć, ale jest sympatycznie i wszyscy się uśmiechają. Przed czterema laty gdy wjeżdżaliśmy tu w czasie trwania Igrzysk w Pekinie, akurat w tej prowincji wybuchło kilka bomb i atmosfera była mocno napięta: nie było żadnych uśmiechów, o zdjęciach można było pomarzyć, było za to ostre przeglądanie wszystkich rzeczy. Teraz też każą nam zabrać ze sobą wszystkie torby i przepuszczają przez skaner jaki znamy z lotnisk. Później ciekawsko zaglądają do naszych bagaży. Interesują ich szczególnie książki.

Ciąg dalszy na następnej stronie

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Niemożliwe | \ Film

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje