Moto-fiskus-przestroga

Czy stać cię, ot tak, na dodatkowy wydatek w wysokosci 850 zł miesięcznie? Pewnie nie. Ale z takim wydatkiem możesz się liczyć, kupując samochód, i to wcale nie na kredyt... Nie wierzysz?

Przeczytaj list naszego Czytelnika. Wtedy może uwierzysz...

Reklama

List ten proszę traktować jako przestrogę kierowaną do osób, które zastanawiają się nad zakupem pierwszych "czterech kółek". Dokładnie dziś mija pierwszy rok, od kiedy sprowadziłem sobie z Niemiec mój pierwszy samochód - Renault 19. A okrągłe rocznice sprzyjają dokonywaniu podsumowań.

Prócz przyjemności związanej z przyjemnością prowadzenia auta (po bardzo nieprzyjemnych nawierzchniach), należy również podsumować koszty związane z posiadaniem samochodu.

Decyzję o zakupie samochodu podjąłem dużo wcześniej, niemniej jednak postanowiłem poczekać na zniesienie cła i kupić tańsze auto w Niemczech.

Mimo, iż w momencie zakupu mój Renault miał już swoje 12 lat, to jednak był to samochód zadbany i bezwypadkowy. Również jego cena była atrakcyjna.

Od początku zdawałem sobie sprawę z tego, iż w kraju będę musiał wydać trochę pieniędzy na jego utrzymanie. Ale nie myślałem, ze aż tak dużo - pierwszy rok eksploatacji kosztował mnie ponad 10000zł!

Niemal każdy się spyta dlaczego tak drogo, skoro sam samochód kosztował około 3000 złotych. Otóż odpowiadam - ponieważ mieszkam w Polsce, gdzie za rok eksploatacji musiałem zapłacić państwu (w formie podatków, opłat skarbowych i akcyzy) blisko 7000 zł.

Jak niemal każdy wie, w czasach PRL samochód był uważany za przedmiot luksusowy. A luksusowy znaczy nie do końca potrzebny, więc w ramach socjalistycznej solidarności, jego właściciel powinien za niego wnosić dodatkowe opłaty.

Mimo, iż (podobno) Polska nie jest już krajem socjalistycznym, pewne relikty epoki Radosnego Socjalizmu PRL pozostały w Polsce po dzień dzisiejszy.

Jednym z nich jest podejście do właściciela samochodu - człowieka, który ośmielił się wydać zarobione przez siebie pieniądze na zakup zbędnego w oczach Państwa dobra.

Jeszcze większym przewinieniem okazuje się być zakupienie tego dobra poza granicami Polski, wszak przez to państwo nie zarabia na podatku od sprzedaży auta.

A jak wiadomo Polska jest (podobno) krajem sprawiedliwym. Wiec za przewinienia trzeba zapłacić.

Pierwsze kary świeżo upieczony właściciel samochodu płaci zaraz po przyjeździe do Polski.

Zanim trafimy do urzędu komunikacji by otrzymać upragnione "Blachy" musimy się sporo napocić (i wydać dużo pieniędzy).

Pierwszy etap zaczynamy od odwiedzin stacji diagnostycznej, biura tłumaczeń oraz Urzędów - celnego, skarbowego i miejskiego. Koszt tych wizyt to w moim przypadku, około 1750 zł, z których do skarbu państwa wpływa około 1600 zł.

Zaczynamy od wizyty w stacji diagnostycznej - przegląd samochodu wraz odczytaniem numerów seryjnych samochodu kosztuje ponad 160 zł. To nic, ze przed przyjazdem do kraju nasz samochód przechodzi podobne, jednak dużo bardziej rygorystyczne badanie techniczne w Niemczech. U nas trzeba płacić drugi raz, bo u nas wiedzą lepiej. Podobnie wgląda sytuacja z odczytywaniem z pod maski numerów silnika (mimo iż sprawdzane jest to kilkakrotnie, przez urzędników niemieckich, polską straż graniczną oraz ubezpieczyciela pojazdu).

Kolejne nasze kroki kierujemy do biura tłumaczeń. Za skromną, w porównaniu do innych - opłatą 100 zł otrzymujemy przetłumaczoną na język polski kartę pojazdu, świadectwo wyrejestrowania oraz umowę kupna pojazdu. Dodać należy, iż Polscy urzędnicy, podczas rejestracji korzystają zazwyczaj z Niemieckich, dużo bardziej przejrzystych oryginałów dokumentów.

Wyposażeni w niemały już plik dokumentów odwiedzamy następnie urząd celny.

Wszak nie ma już cła, to jednak właściciel pojazdu jest zmuszony jest do zapłaty budżetowi oprotestowanej już przez Komisję Europejską akcyzy samochodowej, która w moim przypadku wynosiła 65 % wartości samochodu, czyli w zaokrągleniu 600 złotych.

Jak by tego było mało, za potwierdzenie zapłacenia akcyzy, trzeba jeszcze zapłacić 150 złotych urzędowi skarbowemu.

Kiedy załatwimy już (po blisko tygodniu wyczekiwania) urzędy podległe Ministerstwu Finansów, kolejne kroki kierujemy do wydziału komunikacji. W mieście Krakowie, by w miarę szybko załatwić rejestrację pojazdu, musiałem wstać o piątej i od godziny szóstej oczekiwać w kolejce pod drzwiami magistratu.

Za skromną opłatą 600 zł otrzymałem Kartę Pojazdu (ciekawe akurat czemu - CZERWONĄ książeczkę ;) ), a po oddaniu kolejnych 150 zł - tablice rejestracyjne i dowód tymczasowy (na stały czekać musiałem miesiąc i dopłacić kolejne 50zł.

Kolejny etap o wykupienie ubezpieczenia. Tutaj dowiaduję się, że sam o sobie wiem mniej niż urzędnicy państwowi, którzy pomagali w ustalaniu składek ubezpiecznia 0C.

Na domiar złego iż ośmieliłem się mieszkać w Krakowie, to jeszcze w młodym wieku kupiłem sobie auto. Od miłej pani dowiaduję się, ze należę do grupy najniebezpieczniejszych kierowców, co skutkuje najwyższą składką ubezpieczenia OC - ponad 1500 złotych za rok. Jakoś zastanawiam się teraz, jak jeżdżą ci bezpieczni, skoro jakoś nie zapłaciłem żadnego mandatu...

Ponieważ to nie po stronie policji, ale po mojej leży bezpośredni nadzór nad moim autem (twoje auto - twój problem), musiałem dodatkowo wydać 800 złotych na dodatkowe ubezpieczenie AC, by nie być zmuszonym do zamiany łóżka na fotel kierowcy w nocy.

Ostatnim wydatkiem przed pierwszym wyjazdem Renaultem z Polską flagą na tablicy rejestracyjnej było kupno dodatkowego wyposażenia pojazdu (gaśnicy, trójkąta, żarówek etc), co kosztowało mnie około 150 złotych.

Od tego momentu mogłem już rozpocząć legalnie jeździć po naszych kochanych polskich drogach.

W ciągu ostatniego roku zrobiłem już blisko 11000 kilometrów, czyli średni wynik kierowcy, który nie wykorzystuje samochodu do celów zawodowych.

Moje autko spala około 8 litrów na 100 kilometrów, a wiec do mojego baku wlałem około 900 litrów benzyny bezołowiowej "eurosuper 95".

W myśl "podatku od luksusu" oraz "planu budowy autostrad" nasze paliwo zostało obłożone blisko 65% podatkiem, w skład którego wchodzi akcyza oraz vat.

Po dokonaniu wyliczeń wyszło mi iż średni koszt 1 litra paliwa w ciągu tego roku wyniósł 3,57 zł. Po pomnożeniu tego przez 900 litrów wychodzi ponad 3200 złotych, z czego do budżetu spływa 2100 zł.

Jak wiadomo, wykonanie 11 000 km w ciągu roku pociąga za sobą dodatkowe koszta.

Są nimi np. wymiana klocków i tarcz hamulca (300 zł), oleju, filtrów i innych płynów (400 zł), kupno dodatkowych opon zimowych (900 zł) oraz dokonanie naprawy zawieszenia po wiosennej jeździe polskimi drogami (400 zł).

Jedyną rzeczą "ekstra", jaką kupiłem do auta było radio wraz z kompletem głośników (800 zł).

Po podliczeniu wszystkich kosztów posiadania samochodu po pierwszym roku wyszło ponad 10000 złotych, czyli 850 zł miesięcznie, z których państwu oddałem, uwzględniając akcyzę, vat i podstawę podatku dochodowego - 7000 zł.

Na koniec mojego wywodu dodam, iż w chwili obecnej pozostaję studentem i nosze się jednak z zamiarem sprzedania auta....

Czy również i wy macie dość bezprawnego "dojenia" posiadaczy czterech kółek? Pozdrawiam i zapraszam do dyskusji. (Zagłoba)

Porozmawiaj na Forum.

Dowiedz się więcej na temat: Grazia | auto | właściciel | Auta | fiskus | przestroga

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje