Bierzemy quada i jedziemy do Wałbrzycha...

Szczerze mówiąc kiedy dowiedziałem się, że będę testował suzuki eigera miałem mieszane uczucia.

Niby fajnie, że w tym sezonie jeszcze sobie pojeżdżę i to nie byle czym tylko solidnym markowym sprzętem, ale... to tylko quad użytkowy - pomyślałem, brak emocji, zero zabawy. Wystarczyło jednak pojechać w odpowiednie miejsce, gdzie suzuki będzie czuło się najlepiej i będzie mogło pokazać pełnię swoich możliwości. Tylko gdzie takie miejsce znaleźć?

Reklama

Na szczęście po długich redakcyjnych debatach wpadliśmy na zwariowany pomysł, zupełnie jak w reklamie Fanty: bierzemy quada i jedziemy odwiedzić ciotkę z Wałbrzycha. Co prawda cioci nie było, były za to hałdy, lasy, kamienie, piach i duuuużo błota. W takich terenach każdy fan dirtu czuje, że jest bamboocha!

Przejdźmy może jednak do opisu naszego głównego bohatera testu. Eiger jest... prosty, od razu tłumaczę, że w tym wyrażeniu nie ma ani grama negatywnych podtekstów. Po prostu w tym sprzęcie nie znajdziemy tony kolorowych przełączników, czy innych nikomu niepotrzebnych zabawek. Wszystko jest na swoim miejscu, łatwe w obsłudze, czytelne i niezawodne. Takie podejście do tematu zdecydowanie mi się spodobało. Do całokształtu pasują plastiki w kolorze khaki, dopełniając wizerunek prostej, żołnierskiej maszyny.

Baczność!

Eigera odpalić możemy na dwa sposoby - rozrusznikiem elektrycznym oraz ręcznie, uchwytem na wzór kosiarek do trawy. Jako, że leniwa ze mnie bestia użyłem tego pierwszego. To co się dzieje kiedy tłok przepchnie wreszcie kompresje prawie 400 centymetrowego cylindra zdecydowanie nie przypomina kosiarki. Nie mogąc się doczekać jazdy wsiadam, ostro dodaje gazu... nic. A no tak, zapomniałem, że ciągle jeszcze wbity jest luz w automatycznej skrzyni biegów. Skoro już przy tym temacie jesteśmy: automat jest cudowny! Dzięki niemu możemy skupić się tylko i wyłącznie na jeździe, spisuje się dobrze w każdych warunkach, a przez cały okres trwania testu w mojej głowie nie miała prawa pojawić się myśl, że można by było zrobić to lepiej. Sama dźwignia zmiany biegów posiada cztery położenia: N - luz, H - czyli jedziemy L - do ostrych podjazdów i zjazdów oraz R, gdy wpakowaliśmy się w takie maliny, że trzeba wycofać.

Przyzwyczajony do motocyklowego schematu rozmieszczenia kontrolerów musiałem się wszystkiego uczyć od nowa. Przy prawej manetce mamy tylko i wyłącznie "spust gazu" oraz usytuowany nieco poniżej przełącznik zmiany napędu 2WD/4WD, cała reszta powędrowała na lewą stronę. Tam znajdziemy dźwigienkę ssania, przełącznik świateł długie-krótkie, wyłącznik zapłonu, przycisk rozrusznika, klakson oraz zrywkę, która odłącza zapłon, kiedy kierowca w najlepsze szykuje się do podziwiania świata z pozycji horyzontalnej. Zrywka działa bardzo dobrze - mieliśmy okazję sprawdzić na własnej skórze! Przy lewej klamce hamulca zainstalowano prosty mechanizm, dzięki któremu możemy zablokować wciśnięty hebel - spełnia to rolę ręcznego i przydaje się przy przewożeniu quada na przyczepie czy postoju gdzieś na dużej pochyłości. Na zbiorniku znajdziemy niestety niezbyt precyzyjny wskaźnik poziomu paliwa, a na owiewce kierownicy prędkościomierz, drogomierz oraz kontrolki luzu, świateł i temperatury silnika. W niewielkim przetłoczeniu na lewym, przednim błotniku schowane jest gniazdko 12V. Na końcu mamy jeszcze ten śmieszny nietypowy kluczyk. Oficjalnie został on przez nas nazwany "gwizdkiem od czajnika" - niewątpliwie jednak dzięki swojej gumowej otoczce ochroni on stacyjkę przed piaskiem i wodą.

Dowiedz się więcej na temat: suzuki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje