Najlepszy moment dla Niemca

Już na drugim okrążeniu Robert Kubica zakończył start w wyścigu o Grand Prix Malezji, drugiej eliminacji tegorocznych mistrzostw świata Formuły 1. Kierowca BMW-Sauber musiał się wycofać w wyniku awarii silnika.

Reklama

Podczas okrążenia rozgrzewkowego Polak sygnalizował przez radio swojemu inżynierowi wyścigowemu kłopoty z silnikiem, ponieważ słyszał z tyłu bolidu niepokojące odgłosy.

"Już na okrążeniu zapoznawczym poczułem, że silnik przestał optymalnie pracować, jakby nie pracowała w nim połowa cylindrów. Brakowało mi mocy. Od razu zapytałem zespół, czy na pewno chcą, żebym uczestniczył w starcie, czy też zjechał do boksu, ponieważ było to wielkie ryzyko" - powiedział po nieudanym starce Kubica.

Jego podejrzenia potwierdziły się na starcie, bowiem po zapaleniu zielonego świata ruszył dwa, trzy metry do przodu, po czym nagle stanął w miejscu.

Wyprzedzony przez wszystkich rywali rozpoczął wyścig z kilkusekundową stratą i na ostatniej pozycji pokonał niecałe dwa okrążenia, zanim wycofał się w wyniku defektu silnika.

"Nie mogłem wystartować, ponieważ nie było mocy. Na szczęście wszyscy mnie ominęli. Później przejechałem jeszcze dwa okrążenia żółwim tempem, próbując coś tam naprawić, ale to był raczej problem mechaniczny. Jechałem dopóki nie zapalił mi się bolid i musiałem zjechać z toru. To nie był zanik, tylko brak mocy, bo 240 km/godz. to wszystko, co wyciągał mój bolid" - dodał Polak, który w wieczorem zamierza wrócić do domu.

Przed tygodniem w GP Australii inaugurującej sezon Kubica miał szanse na podium, ale gdy na trzy okrążenia przed metą zaatakował jadącego na drugiej pozycji Sebastiana Vettela z Red Bull-Renault, Niemiec nagle przestał hamować i uderzył w niego. Obaj próbowali kontynuować jazdę uszkodzonymi bolidami, ale chwilę później zakończyli rywalizację na poboczu.

"Faktycznie Robert ma nieudany początek sezonu. Mógł wygrać w Melbourne, a przynajmniej byłby drugi, zanim doszło do pechowej kraksy. Tutaj natomiast wyeliminował go uszkodzony silnik. Ma prawo być rozczarowany, ale mam nadzieje, że w kolejnych startach będzie miał lepsze wyniki" - powiedział szef teamu BMW-Sauber Mario Theissen.

Szwajcarsko-niemiecki zespół miał jednak na torze Sepang powody do radości, bowiem w chwili gdy ulewny deszcz przerwał zmagania na 32. okrążeniu drugi w stawce był Niemiec Nick Heidfeld, a przed nim tylko Brytyjczyk Jenson Button z Brawn GP-Mercedes.

"Dla Nicka wyścig ułożył się doskonale, a nasza strategia była bardzo dobra. Spodziewaliśmy się deszczu podczas wyścigu, więc zatankowaliśmy mu dużo paliwa. Wystarczyło, by został na torze do momentu pogorszenia pogody. Na mokrym torze Nick wykonał fantastyczną robotę, bo chociaż samochód był trudny w prowadzeniu, z okrążenia na okrążenie decydował, że zostanie na torze. Ostatecznie udało mu się dotrwać aż do czerwonej flagi i to był klucz do drugiej pozycji" - dodał Theissen.

Po wyścigu Heidfeld przyznał jednak, że niezbyt dobrze team wybrał dla niego deszczowe opony, zamiast przejściowych.

"W tych warunkach to był bardzo trudny wybór, ale deszczówki to nie była najlepsza opcja, bo na wciąż suchym torze szybko się zużyły. Starałem się je oszczędzać i jechałem wolniej od rywali, a mimo to moje tylne opony bardzo się starły i przypominały slicki. W pewnym momencie chciałem drugi raz wybrać się do boksu, ale gdy do zjazdu miałem jakieś 200 metrów, na dobre się rozpadało, wiec zostałem na torze. Starałem się przede wszystkim utrzymać na torze, więc wstrzymanie wyścigu przyszło dla mnie w najlepszym momencie" - powiedział Niemiec.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje